Search

Polish (Poland)English (United Kingdom)
Displaying items by tag: Jacek Krawczyk

W sobotę 20 listopada 2010 o 19:00 na Sopockiej Scenie Off De Bicz, wystąpią ze spektaklem "Vitruvian Man" Jacek Krawczyk i Katarzyna Antosiak.

- Ten spektakl jest zaledwie preludium tego, co chcę zrobić w przyszłym roku, gdy motyw człowieka witruwiańskiego spróbuję rozszerzyć na pięciu, sześciu tancerzy. To matematyczny, surowy wstęp do moich rozważań na ten temat rysunku Leonarda da Vinci - wyjaśnia Jacek Krawczyk.

 

 

Published in Announcement

An excellent performance by Anna Steller and Jacek Krawczyk, “Delia”, the mysterious Delia Derbyshire from the BBC Radiophonic Workshops?
Anna Steller and Jacek Krawczyk, exceeding in their roles, admirable step masters, and Grzegorz Welizarowicz and Rafał Dętkoś, authors of minimalist compositions, can be admired in “Delia”, a unique performance, where dance and music combine to serve the abstract narration, starting with the birth of the Avant-garde agreed to be some point in the 1950s.
I detect here an esthetic intention, an esthetic manifest, a compact peformance world, and, at the same time, a very close almost direct contact with the authors, as if the sophisticated form had just been a pretext. “Delia” turns out to speak the everyday language of contemporary art, the everyday language of the Avant-garde.

 

Published in Review

Taniec nad rozpadliną/ Tadeusz Skutnik/ Dziennik Baltycki, 2008-09-02

 

Taniec nad rozpadliną

IX Gdańska Korporacja Tańca. Pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

 

«Międzynarodowy, festiwal Gdańska Korporacja Tańca za nami. Co się zdarzyło? Otóż zdarzało się coś co dnia. Nawet jeśli przedstawienia były tylko przypomnieniami tego, co się już widziało.

Jeśli ktoś oczekiwał, że GKT zacznie wreszcie obumierać, to się srodze zawiódł, bo jest wprost przeciwnie: rozwija się, dojrzewa, a nawet rzekłbym - mając na uwadze solo Leszka Bzdyla - hardzieje.

Gdańska Korporacja Tańca - spotkanie tancerzy, których gdański ośrodek wyemitował w świat, a także ich światowych przyjaciół - dowodzi, że tu jest silny ośrodek tańca współczesnego, choć nie jest to jedno centrum, lecz sztuka rozpisana na wiele zespołów. Czy to źle?

Na pewno już dawno minął czas ewentualnej integracji. Najsilniejszy w tej układance Dada von Bzdülöw obchodził piętnastolecie założenia, za dwa lata dobije do tej granicy Teatr Patrz mi na Usta, Teatr Okazjonalny w październiku będzie święcił dziesięciolecie, podobnie Kino Variatino Anny Haracz i Teatr Cynada Bożeny Eltermann

Mimo spotykania się i tasowania personalnego w poszczególnych spektaklach, ruch odśrodkowy był w tym środowisku silniejszy od dośrodkowego. Może właśnie dlatego, że nie było tu silnego ośrodka? W tym sensie GKT podtrzymuje na duchu skrobiących każdy sobie rzepkę, tudzież spełnia rolę mitu.

W zakończeniu festiwalu najbardziej oczekiwany był słowacki zespół z Belgii Les SlovaKs. Piątka chłopaków plus skrzypek na żywo nie zawiodła. Pokazała, że tańcem można się również bawić, choć momentami ta zabawa przeradza się w niebezpieczne zapasy, podczas których jednemu z zapaśników np. pękają spodnie w kroku.

Natychmiast zresztą ten przypadek zostaje przez chłopaków "ograny", ku uciesze widowni, poprzez powiększenie dziury i założenie pechowcowi - pieluchy. Trzeba było widzieć jego nietęgą minę! Choć to wszystko tancerze "po szkołach", a nawet studiach, chętnie sięgają do folkloru słowackiego, węgierskiego i cygańskiego.

Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie jeszcze dwa zespoły: Teatr Okazjonalny wzbogacony o dwoje tancerzy - Monikę Grzelak i Przemysława Wereszczyńskiego - którzy znakomicie zintegrowali się z parą Czajkowska - Krawczyk, dając przejmujący, właściwie kosmiczny spektakl "D-KOD-R", obejmujący życie od zalążka po cywilizację cyfrową.

Tym razem absolutnie przekonująca była też Anna Haracz w roli jakoby szamanki, zaklinającej rzeczywistość, a w tej rzeczywistości również grającego na żywo dla niej na bębnach ceramicznych Tomasza Antonowicza. Wyczuwało się, że diabelska władza Haracz w spektaklu " ale jest jeszcze prawda" sięga poza scenę, zaczarowuje również widownię. Nie zaczarowała, ale zdumiała chyba widownię Magda Jędra pokazem nie-tanecznym "Junkie", spektaklem najbardziej zagadkowym całego festiwalu.

Na koniec niepokój: budzi go brak następców naszej profesury tanecznej. Są profesorowie, ale studentom do nich... ho, ho, a pomiędzy nimi może się rozstąpić rozpadlina. Jedyna wypatrzona przeze mnie pasjonatka tańca (a bez pasji to tylko hobby) to siedemnastoletnia Katarzyna Wolińska z "inkubatora" Katarzyny Chmielewskiej. Może być z niej w przyszłości piękna balerina. Czy to nie mało?

"Taniec nad rozpadliną", Tadeusz Skutnik

Polska Dziennik Bałtycki nr 205, 02-09-2008

 

Published in Reprint

Trzy premiery. Gotowa, rozwojowa i u Leona

 

"Tak" Joanny Czajkowskiej, "Bio-obiekt. Intro" Jacka Krawczyka Teatru Okazjonalnego na Scenie Off de Bicz w Sopocie oraz "Belladonna" Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza Teatru Patrz Mi na Usta. Pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

«Dwie premiery grudniowe w Teatrze Okazjonalnym. Jedna gotowa, druga - jak usłyszałem - rozwojowa. Gotowa to "Tak" Czajkowskiej, doskonale zagrane studium poniżenia starej kobiety. Chyba najlepsza jak dotychczas jej dramatyczna rola.

Joanna Czajkowska powołuje się na inspiracje japońskie (Yoko Ono) i rzeczywiście coś japońskiego w stroju i muzyce (bardzo ważne imitacje: Rafał Kowal) jest.

Trzy kolejne obrazy to trzy wymuszenia na kobiecie, starej czy niestarej (tu raczej starej, bo "próchno się z niej sypie"), odegrania niechcianej roli. Raz - dosłownego zamiatania włosami podłogi, drugi - rewiowej tancerki. To wszystko przychodzi z zewnątrz, w postaci zrozumiałych, dla niej, a niekoniecznie dla widzów, poleceń. Spełnia je mimo wyraźnego wewnętrznego buntu. A za końcowy palec na ustach i "csiii" nie należy o tym mówić feministki powinny panią Joannę nosić na rękach.

Jacek Krawczyk natomiast przyznaje się do zachwytu sztuką Tadeusza Kantora i swój "Bio-obiekt" umieszcza w korowodzie kantoroidów. Jego rzecz tak jest odległa od sztuki Kantora, że tworzy zupełnie odrębną jakość.

Powstaje tylko pytanie: jaką jakość na dziś, skoro obraz ma być rozbudowany, m.in. o postaci Infantki schodzącej z obrazu Velasqueza i Panny Młodej (z "Wesela"?). Taki obraz musi chyba radykalnie zmienić wymowę: obecne wzajemne oddziaływanie człowieka i pałuby zdaje się pójdzie w kąt. No, ale to w końcu nie nasze zmartwienie.

Trzecia grudniowa - u Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza [na zdjęciu] w Teatrze Patrz Mi na Usta. Widziałem subtelniejsze spektakle tej trupy. Ten schodzi na najniższy poziom - instynktów. Mówię o najnowszym: "Belladonna".

Tańca nie ma tu prawie wcale. Artyści korzystają z prawa niedopowiedzenia. A nawet kłamania. Przedstawiona przez nich wizja może jednak być wbrew nim odczytana. Co tedy robią? Pokornie czekają. Jak odczytywana może być "Belladonna"?

Pewne nic tu nie jest, nawet sama Belladonna, która prawdopodobnie pojawia się w spektaklu jako Piękna Pani. Jak trzeba nadaje mu rytm, śpiewa, intonuje. Belladonna to też jednak trucizna (wilcza jagoda).

Jeśli ona ma być domniemaną rodzicielką Czarnej Pantery, przemierzającej raz po raz scenę, jeśli spektakl ma być przestrogą przed drzemiącym w każdym z nas ciemnym potworem, to trzeba stwierdzić, że właśnie pantera jest w spektaklu najsympatyczniejszą osobą w grze.

I jeśli ona wyprowadza całe to porykujące i pobekujące towarzystwo ze sceny, mówimy: słusznie. Nareszcie. Tak. Bo ona ma jakieś ludzkie pojęcie, a ta czereda nic tylko prymitywne, zwierzęce instynkty.

Powtórzę: widziałem subtelniejsze spektakle "u Leona"

 

Tadeusz Skutnik

Polska Dziennik Bałtycki nr 295

18-12-2007

 

Published in Reprint

Teatr Okazjonalny w Sopocie,  D-KOD-R

choreografia: Zespół

Teoria kodowania lingwistycznego w tańcu

 

Nie tylko zilustrować, uatrakcyjnić czy estetycznie zachwycić! Taniec potrafi przemawiać. W swoim najnowszym spektaklu Teatr Okazjonalny potwierdza tę fascynację teatru tańca i z dużą swadą przemawia ze sceny w spektaklu "D-KOD-R". 

Comment vas-tu? Ich will verstehen dich. Tell me more about your feelings.

Jeśli wiele można powiedzieć za pomocą języka, to i tak nie wszystko da się zrozumieć, w każdym razie może być trudno. Właściwie, nawet wtedy, gdy mówimy tym samym językiem, w sprawach uczuć i tych najważniejszych dla nas wartości, często nie ma między nami porozumienia. Znacznie łatwiejszym środkiem porozumienia mogą być wówczas gest i mimika. Autorzy spektaklu "D-KOD-R" , postanowili uzasadnić w tańcu teorię o kodowaniu lingwistycznym Basila Bernsteina i za pomocą jednego z najbardziej uniwersalnych języków - ruchu - opowiedzieli fascynującą historię komunikacji międzyludzkiej. 

Teatr Okazjonalny od 2000 roku tworzą Jacek Krawczyk i Joanna Czajkowska, tym razem twórcy przyznali, że do stworzenia spektaklu zainspirowali ich Monika Grzelak i Przemysław Wereszczyński, mistrzowie salsy. Powstał kwartet tancerzy, którzy postanowili zatańczyć nie tylko dla estetycznego wymiaru sztuki, ale po to, by opowiedzieć o czymś ważnym. Kolejne odsłony spektaklu obrazują historię ewolucji ruchu ciała ludzkiego i uzmysławiają jego rolę w życiu człowieka, a zwłaszcza w rozwoju komunikacji międzyludzkiej. 

Pomlaskiwania i pomruki są tłem muzycznym pierwszej sceny o narodzinach ruchu - przed nami skurczone ciała tancerzy, ułożonych w embrionalnych pozycjach. Próby poruszających się torsów, ramion i rąk w kreacjach czwórki tancerzy musiałabym nazwać ekwilibrystyką mięśni, żeby oddać pracę artystów. Zdumiewają formy zmagań się ich ciała z tematem. Zespół tancerzy prezentuje wysoki poziom. Kolejne motywy choreografii nakładają się na siebie i powtarzają się we wspólnym tańcu, widz wprowadzany jest w trans. Z chwili na chwilę, razem z narastającym tempem i zmianą energii muzycznego tła, które przechodzi w coraz żarliwsze lub melodyjne dźwięki, taniec zaczyna fascynować i przemawiać. 

W indywidualne występy tancerzy wczytuję się jak w monologi aktorów w teatrze. Wynikają z nich historie o uczuciach, doświadczeniach, ale przede wszystkim opowieści te świadczą o sile głosu ludzkiego ciała, które przemawia ze sceny. Niektóre etapy czasem zwalniają tempo spektaklu, przez co ekspresja ruchu artystów staje się mniej zajmująca. Może nie wszystko, co mają nam do powiedzenia postaci, jest interesujące? Odbiór staje się trudniejszy zwłaszcza wtedy, gdy w tle, na ekranie pojawiają się symbole cyfrowej rzeczywistości współczesnej, a muzyka brzmi bardziej monotonnie. Ciekawiej robi się jednak, gdy w punktowym oświetleniu obserwujemy indywidualne zwierzenia tancerzy, przekazywane za pomocą charakterystycznych poruszeń. To momenty solowych kreacji aktorów. 

"D-KOD-R" jest spektaklem atrakcyjnym również pod względem muzycznym. Opracowania Marcina Zabrockiego, często zbitki różnych znajomych odgłosów, takich jak szum radia, brzmienie encefalogramu czy bełkotliwe gaworzenie kobiety są istotnym dla spektaklu zbiorem rekwizytów. 

Premiera Teatru Okazjonalnego jest kolejnym ważnym głosem w teatralnej wymianie myśli. Możliwości komunikacyjne choreograficznych przedsięwzięć są niepodważalne, ale sam problem, jak widać, ciągle pasjonuje artystów i jest niezgłębionym polem ich poszukiwań. 

Oryginalne kostiumy tancerzy zaprojektowali Jola Słoma i Mirosław Trymbulak

"D-KOD-R" - reż. Jacek Krawczyk - Teatr Okazjonalny

Agata Kirol, 
Gazeta Wyborcza, Trójmiasto
12 marca 2007

 

 

Published in Reprint

Rozsiewający talenty

 

Na tym zasłużonym jubileuszu spotkali się niemal wszyscy artyści związani z Dadą. Również ci rozsiani po Europie, bo Dada, podobnie jak większość dojrzałych przedsięwzięć artystycznych, "produkuje i eksportuje" artystów, niespecjalnie martwiąc się ubytkami, bo co chwila pojawiają się nowi i szybko profesjonalizują - o 15-leciu gdańskiego Teatru Dada von Bzdülöw pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

«Grudzień nie sypnął jeszcze śniegiem, za to w w tańcu sypnął w Trojmieście premierami. Do premierowych smaków dorzucił nadto jubileusz i na tym jeszcze wcale nie zamierza poprzestać.

Najpierw błysnęli premierową "kosmiczną" etiudą "Visitores" Julia Mach i Filip Szatarski (pisaliśmy o nich w sobotę). Przebił ich zaraz na tej samej scenie (sopockiej Off de Bicz) dwiema premierami Teatr Okazjonalny. Joanna Czajkowska pokazała monolog taneczny "Tak", a Jacek Krawczyk taneczny dialog z materią "Bio-obiekt". W kolejce ustawił się już Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, który szykuje premierę pt. "Belladonna" i lada moment ją pokaże w sopockim Sfinksie 12 grudnia. No i wreszcie słynny jubileusz 15-lecia słynnego teatru Dada von Bzdülöw w Żaku.

***

Na tym zasłużonym jubileuszu spotkali się niemal wszyscy artyści związani z "Dadą". Również ci rozsiani po Europie, bo "Dada", podobnie jak większość dojrzałych przedsięwzięć artystycznych, "produkuje i eksportuje" artystów, niespecjalnie martwiąc się ubytkami, bo co chwila pojawiają się nowi i szybko profesjonalizują.

Stara się jednak, owszem, raz do roku ściągnąć ich na gdańskie sceny (przykładem jest organizowana w Żaku każdego roku impreza Korporacja Tańca), aby pokazali, czego tam w świecie się nauczyli, co nowego zrobili. Ściągają ich nawet podczas swego jubileuszu. Tym razem byli to tylko - nomen omen - "Visitores" ("Wizytatorzy") Mach i Szatarskiego z Austrii.

Inni wrócili w postaci archiwalnych filmów, które zresztą obok żywych spektakli ("Eden", "Bonsai", "Karnacja", "Kilka błyskotliwych spostrzeżeń a la Gombrowicz") stanowiły atrakcję minionego jubileuszu. Nie zebrał on wszystkich artystów ani nie przypomniał wszystkich spektakli (było ich 33) , ale przełomowe - owszem.

Np. film Julii Wernio "Halina Śmiela śpiewa piosenki Sławy Przybylskiej", ze znaczącym udziałem artystów Dada. Np. "Nie było, nie będzie, czyli nie ma", który utrwalił wizerunek Dady jako samodzielnego teatru tańca.

Np. niepokazywany w Polsce, wstrząsający spektakl wspólny teatru Dada i Vincent Dance Theatre z Sheffield, zatytułowany "Drop Dead Gorgeous" (dosł. "Wspaniale śmiertelne krople", ale może być i "Zabójczo piękne"), po którym Aurora Lubos i Patrycja Kujawska zostały tam na stałe i tylko tam je można zobaczyć w grze.

Innych artystów teatru Dada von Bzdülöw obejrzeli widzowie z 21 krajów świata, od USA po Indie.

***

Taneczny trzon teatru to w zasadzie duet Katarzyna Chmielewska - Leszek Bzdyl. Pozostali artyści są dobierani do spektakli wedle potrzeb i możliwości. A przewinęło się ich w minionym piętnastoleciu ponad trzydzieścioro. Oprócz wspomnianego trzonu warto przypomnieć, że do "pierwszej kadrowej" należeli m.in. Patrycja Kujawska, Rafał Dziemidok, Radosław Hewelt, a do ostatnich nabytków należy Urszula Wróbel-Zerek.

Tak więc był to jubileusz zdecydowanie artystyczny i kulturalny. Bez wypinania się po medale i bez sentymentalnego lania łez przy kielichu, a potem budzenia się "z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany", jak śpiewał był Wiesław Gołas. Było więcej myślenia o przyszłości, bo "dadaiści" nadal uparcie chcą szlifować nowe talenty i wysyłać je w świat.

 

"Teatr Dada von Bzdulow świętował 15 lat. Rozsiewający talenty"

Tadeusz Skutnik

Polska Dziennik Bałtycki nr 289/11.12., 12-12-2007

 

 

 

Published in Reprint

Dzień Teatru na Metropolia jest Okey, 31 Grudnia 2007

Gdyby ocenić festiwal Metrolopia jest Okey tylko pod względem artystycznym, wypadłby zaledwie dobrze. O tym, że zakończoną wczoraj imprezę warto wpisać w coroczny kalendarz trójmiejskich imprez kulturalnych, przesądziło coś innego.

 

Niezwykle energetyczna mieszanka muzyki, wyśmienitej atmosfery, beztroskiej zabawy oraz wzajemnej życzliwości dała znakomity efekt. Przez kilka dni w Trójmieście sztuka i przyjemność podały sobie ręce i w niezobowiązującej formie przeniosły mieszkańców w przestrzeń kultury niezależnej.

 

To, że wśród zaproszonych artystów znaleźli się również trójmiejscy tancerze, nikogo chyba nie dziwi. Taniec współczesny od dawna funkcjonuje poza kulturalnym mainstreamem. Nawet najbardziej zaangażowany odbiorca zapytany o temat oglądanego właśnie spektaklu, zazwyczaj wzrusza ramionami. I nic dziwnego. Teatr tańca nie doczekał się dotychczas znaczących przykładów swojego odczytania. Sam będąc zjawiskiem na wskroś nowoczesnym, interdyscyplinarnym, funkcjonujący na przekór językowemu doświadczeniu świata, siłą rzeczy skazany jest na "off". Determinacja, z jaką tancerze próbują zmienić tę sytuację, godna jest podziwu. Przewrotnie jednak, być może to ona właśnie sprawia, że każdy kontakt z teatrem tańca jest doświadczeniem fascynującym, nieobciążonym niczym więcej niż sztuką.

 

Większość z sześciu przedstawień, które w sobotni wieczór zaprezentowały trójmiejskie grupy w sopockim klubie Sfinks, zasługuje na szczególną uwagę. Interesującą dyskusję na temat kobiecości zaproponowały Katarzyna Chmielewska i Anna Steller. W spektaklach przygotowanych pod szyldem teatru Dada von Bzdülöw zinterpretowały ją przede wszystkim jako miejsce wolności. W so beautiful symbolizowanej przez zdjęcie czarnych, niewygodnych "szpilek", w Juicy Flesh poprzez poruszającą demostrację obnażonego, nagiego, innego od pokazywanego w gazetach ciała, prowokacyjnie zapakowanego w skąpe, koronkowo-satynowe koszulki.

 

Niezwykłą interpretację wierszy Herberta zaproponowali artyści Teatru Okazjonalnego, Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk. W skróconej wersji spektaklu Alchemik Halucynacji najbardziej ciekawy okazał się sposób, w jaki tancerze przełożyli na język gestu i ruchu to, co wydawałoby się nieprzekładalne - intelektualne rozważania na temat dwoistości ludzkiej natury, istoty bycia artystą w świecie popkultury, naszych prób dążenia do doskonałości i nie mniej dotkliwych porażek w jej osiąganiu.

 

Punktem kulminacyjnym wieczoru okazał się solowy występ Leona Dziemaszkiewicza, założyciela Teatru Patrz Mi Na Usta. Improwizowane, niezwykle osobiste, by nie rzec sublimacyjne, show konsekwentnie wpisało się w inne projekty tego artysty. Temat oparty został na próbie opisania kondycji ludzkiej w rozdarciu pomiędzy tym, co szkaradne a idealne, aż do granic kiczu, który ostatecznie okazuje się równie odpychający.

 

Już wkrótce miłośnicy teatru tańca będą mieli kolejną okazję na spotkanie z trójmiejskimi artystami. 12 i 13 stycznia w ramach 3miejskiego Punktu Tanecznego Sceny Teatralnej Klubu Żak zobaczymy dwa spektakle: Punkt zwrotny Bożeny Eltermann i Katarzyny Chmielewskiej oraz W pół do godziny Iwony Gilarskiej.

 

Autor: Justyna Świerczyńska

www.trojmiasto.pl/ kultura

 

Published in Reprint

Recenzje z przedstawień Teatru Okazjonalnego:

 

„Jacek Krawczyk [...] jest na scenie bardzo dynamiczny. Ta dynamika połączona z elementami wschodnich sztuk walki oraz miękką tanecznością Czajkowskiej, tworzy tak charakterystyczny, zawsze rozpoznawalny styl Teatrzyku Okazjonalnego ...”

Gazeta Morska 12.12. 2000

 

„Para Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk zafundowała publiczności niezwykle liryczny, a jednocześnie ekspresyjny spektakl ...”

Życie 06.12.2000

 

„Z problemem dramaturgii dobrze poradził sobie Teatrzyk Okazjonalny z Sopotu, który prezentował na Polemikach choreografię „Art Cafe” – historię rozgrywającą się w kawiarni z ubiegłego wieku, przy starym patefonie i rzeźbionym stoliczku. Tu rozgrywał się dramat kelnerki i jej klienta – dramat, bo mieliśmy przyjemność widzieć zarówno miłość i gniew, jak i taniec i walkę.[...] Spektakl może się podobać – jest wyważony, ciekawy plastycznie, dobrze zatańczony, a przede wszystkim potrafi utrzymać uwagę widza...”

serwis tańca, 11.06.2002

 

„Pół żartem, pół serio opowiedziały rzecz o lubieniu się i czubieniu, o rozstaniach, w tym ostatecznych, Joanna Czajkowska i Anna Haracz przy akompaniamencie perkusyjnym Sławomira Porębskiego. „Lata nie będzie” trzeba zachować w pamięci”

Dziennik Bałtycki 24.06.2002

 

„Tego wieczoru zaprezentował się jeszcze jeden duet – Joanna Czajkowska i Anna Haracz z przedstawieniem „Lata nie będzie”. Tancerki na przemian lgną do siebie i oddalają się od siebie. Są niezwykle zwinne. Porozumiewają się przy tym sobie tylko znanym językiem. Ich rozstania okupione są bólem, tęsknotą, bezsilnością, a nawet agresją. Obie tancerki z powodzeniem oddają te stany, są wyraziste. Gdy jedna kryje się za parawanem, druga oswaja się ze stratą. Spektakl aż kipi od emocji ...”

Głos Wybrzeża 27.06.2002

 

„Jacek Krawczyk w spektaklu „Matylda” balansował na granicy żartu i powagi. „Matylda” to rzecz o poszukiwaniu miłości. Artysta zaprezentował warsztat na wysokim poziomie”

Głos Wybrzeża 27.06.2002

 

„Są takie spektakle, które pozostawiają po sobie lekki niedosyt. Bo czegoś brakowało, bo jeszcze można było coś dodać. Są też takie, po których człowiek czuje się przejedzony[...]. Ale spektaklu pt. „Art Cafe” nie zaliczyłabym do żadnej z tych kategorii. Był to dla mnie spektakl, który pozostawił mnie sytą i usatysfakcjonowaną. Zanim zaczęłam się zastanawiać nad tym, kiedy zacznie mi się nudzić, artyści już się kłaniali. Rzadko zdarza się taka sytuacja, więc je suis contente. Tres contente. Dbałość o każdy szczegół, od stylowego adapteru począwszy, na kołnierzyku kelnerki skończywszy, staranność o każdy krok, muzyka, uczucia...- słowem wszystko, na co złożył się ten spektakl – z pewnością zasługuje na uznanie [...]”

Gazeta VIII Zgierskich Spotkań Małych Teatrów 29.09.2002

 

„[...] Podczas drugiej żakowskiej sesji Trójmiejskiej Korporacji Tańca duet Joanna Czajkowska – Jacek Krawczyk, czyli Teatrzyk Okazjonalny, zatańczyli „Aromaty”.

Znając ich poczucie humoru, można było spodziewać się kpiny z aktualnych szaleństw typu feng-shui, wahadełka, kadzidełka, aromaterapia. Jednakże nie; oni tańczą aromaty serio. Nawet z lekką tonacją metafizyczną. Staje się to jasne, gdy Ona zaczyna nad kagankowym wyposażeniem sceny usypywać piaskową ścieżkę w kształcie ósemki. W rzeczy samej jest to wstega Mobiusa, symbol nieskończoności. Tu kończą się żarty.

On to aromaty ciemne, korzenne. Ona – kwiatowe i owocowe, jasne. Ona i On to rodzaje albo też pierwiastki aromatyczne. Nie jest pewne, czy z ich połączenia powstanie aromat wyższego rzędu. Ale jest to możliwe”

Dziennik Baltycki, 23.10.2002

 

„Spektakl „W czerni i bieli” to historia walki – namiętności między parą kochanków . Historia stara jak świat, banalna, a zarazem bezpretensjonalna i wymowna, opowiedziana wyłącznie językiem tańca. Duet Iwony Strupiechowskiej i Jacka Krawczyka to dowód na to, że profesjonalny taniec nie potrzebuje rusztowania w postaci efekciarskich środków czy scenicznej paplaniny”.

Gazeta Morska 11.02.2003

 

„W czerni i bieli” bez specjalnego wysiłku tancerze wyczarowują kolejne fazy zauroczenia, miłości, rozdźwiękowienia związku, rozpaczy po rozpadzie. Krawczyk jest mistrzem, może zagrać wszystko. Toteż warto zwrócić uwagę na Iwonę Strupiechowską. Jest w tym spotkaniu znakomita. Demonstruje coś, dla czego mężczyźni tracą głowy. Jeszcze jedno: oni odważyli się na happy end!”

Dziennik Bałtycki 11.02.2003

 

„Spektakl taneczny w Klubie Zak. WOJNY OKAZJONALNE.

 

Gdzie jest poczatek wielkich konfliktów? W niecierpliwym geście, drobnym oszustwie, agresywnej wymianie zdań – zdają się mówić artyści Teatru Okazjonalnego. Signum Temporis – najnowszy spektakl Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka, pary trójmiejskich tancerzy i choreografów – dotyka tematu konfrontacji, małych i dużych wojen. Artyści Teatru Okazjonalnego zaprosili do współpracy przy nim dwie tancerki – Annę Jędrzejczak i Iwonę Strupiechowską. Premiera się odbyła w sobotę w Klubie Zak. W wykonaniu czwórki tancerzy zobaczyliśmy dynamiczne i przewrotne choreografie, pokazujące konflikty jako strategie wykorzystywane przez bliższych lub dalszych znajomych.

Przedstawiające, krok po kroku, jak od zniecierpliwienia przechodzimy do zniecierpliwienia i agresji. Bez militarnych akcesoriów, wojennej martyrologii twórcy spektaklu przekonywująco kreślą banalność i powszechność kłótni, nieporozumień, które stają się wstępem do wielkich konfliktów. – Nie chroni nas przed tym kultura i cywilizacja – przestrzegają autorzy spektaklu. Pokazując, jak łatwo przechodzi się od kontemplowania kobiecego ciała w rytmie popowych przebojów do zbrojnego starcia. Nie sposób się z nimi nie zgodzić, potwierdza to niemal każde wydanie serwisów informacyjnych, radiowych i telewizyjnych. Finałowej przejmującej scenie, gdzie tancerze stają się ofiarami na jednym ze współczesnych pól bitwy, towarzyszą narastające, początkowo trudne do zidentyfikowania dźwięki. Muzyka berlińskiej grupy Einsturzende Naubauten, wykorzystującej dźwięki cywilizacji industrialnej, min. Odgłosy silników samochodowych, maszyn, stukania młotków, potęguje wymowę ostatniej sceny przedstawienia. I jest jeszcze jednym znakiem naszego czasu – nawiązującym przewrotnie do tytułu spektaklu.”

 

Mirella Wąsiewicz, Gazeta Wyborcza Trójmiasto 02.02.2004

 

 

 

„Taniec. Teatr Okazjonalny w Zaku. ZNAKI WOJNY

Rzeczywistość wytańczona w spektaklu „Signum Temporis” okazuje się na szczęście prostrza, wyrazistrza i klarowniejsza niż przedpremierowe wynurzenia twórców obrazu na temat jego przesłania. Według nich tematem widowiska ma być wojna jako stan ducha („wojna jest w nas”).

Obrazy. „Signum Temporis” zaczyna się żartobliwie: od przedstawienia naszych „braci mniejszych”, takich jak gąsienica, żuraw, koziołek czy łoś. Nagle odnajdujemy się na strzelnicy sportowej. Troje strzelców mierzy tu do „łosia” i z rozbawieniem przyglada się jego „konaniu”. Po tej „introdukcji półżartem” dwie pary tancerzy przedstawiają trzy obrazy: Joanna Czajkowska i Iwona Strupiechowska coś na kształt treningu wschodnich sztuk walki, zaś Anna Jędrzejczak i Jacek Krawczyk – sztuk kochania i zabijania. Gra, taktyka, zaloty, umizgi, nawet pojedyncze morderstwo, w obrazie trzecim – zagranym przez całą czwórkę – przechodzą w jatki. Finał to wojna! Wszystkich ze wszstkimi. Tancerze tropieni przez reflektory – szperacze i przez niewidocznych strzelców. Ostra, wystrzałowa muzyka. Trafiani całymi seriami, tancerze podnoszą się i znów upadają. Każdy umiera wielokrotnie.

Gra. Teatr Okazjonalny wystapił tym razem w poszerzonym składzie. Joannę Czajkowską i Jacka Krawczyka znaliśmy wcześniej jako znakomitych tancerzy. Podobnie Iwona Strupiechowska zdołała zapisać się w pamięci widzów kilku wyrazistymi kreacjami. Największą niewiadomą w tym zestawieniu była debiutująca na gdańskiej scenie Anna Jędrzejczak. Zagrała na dorówującym im aktorsko i tanecznie poziomie. Wydaje mi się, że to – oprócz talentu i pracy osobistej – również zasługa i pomoc bardziej doświadczonych partnerów z zespołu, w tym zwłaszcza Jacka Krawczyka. Życzliwe przyjęcie debiutantki dobrze zrobiło całości.”

Tadeusz Skutnik, Dziennik Bałtycki 02.02.2004

 

 

"Spośród spektakli najciekawszą propozycją okazał się występ sopockiego

Teatru Okazjonalnego z toczącą się na ulicy, precyzyjnie zbudowaną akcją

"Carpet show". Dwóch tancerzy i trzy tancerki, mieszając się z tłumem

przechodniów, niosą dwa zrolowane dywany. Za chwilę rozwiną i poprzez ruch najpierw zaciekawią, by z minuty na minutę zbudować tkankę wzajemnie nachodzących na siebie seansów. Akcja sama wędruje po ulicy. Po odegraniu sceny, dywan jest przez artystów zwijany, by pięć metrów dalej zaprezentować na nim kolejny z odcinków opowieści. A opowieść to osobliwa: poważna dyskusja o świecie damsko-męskich ról. Idealnie zbudowane tancerki, krawieckim centymetrami mierzą swe talie i biodra, głośno komentując wyniki.

Absurd odchudzania ukazują poprzez przykładanie centymetra sobie i widzom do głowy, nosa, łopatki, łokcia. Wyniki powtarzają po wielokroć, by zapamiętać, wbić je sobie do głowy. Aby zmniejszyć wymiary muszą nieustannie ćwiczyć, toteż ordynują sobie fitness, zapraszając do sztuki zrzucania tłuszczu trzy chętne adeptki spośród widzów. I oto widzimy fitness club na ulicy: w rytm mechanicznej muzyki mechaniczne ruchy sześciu kobiet. Tancerki Teatru Okazjonalnego kpią w ten sposób ze statyczności ubranej w płaszcz sportu, z dziewcząt zrzucających kilogramy (centymetry). Kończą w udrapowanych na telewizyjny spot reklamowy pozach: trzy zmęczone tancerki, popijając wodę mineralną, chórem zachwalają jej zalety. Historię o stereotypowym postrzeganiu ról kobiet i mężczyzn dopowiada para tancerzy tańcząc ruchem twardym i mocnym."

Bartłomiej Miernik "Na Bulwarze" W: "Scena" nr4/5-2004

 

„Premierowe, solowe programy pokazały Joanna Czajkowska i Iwona Strupiechowska. Zbliżone tematycznie „Przedpołudnie Flory” i „wu:zi” pokazują odmienne sposoby walki z gorsetem konwenansów i przyzwyczajeń, zarówno w odbiorze tańca, jak i zachowań ludzkich. Te kilkunastominutowe prezentacje przekonują prostotą i dokładnością środków wyrazu”

„Trójmiejskie zagłębie taneczne”

W: „Scena” nr4/5-2004

 

„Joanna Czajkowska, tancerka Teatru Okazjonalnego z Sopotu, zaprezentowała solo pod tytułem „Przedpołudnie Flory”. W ciemnej scenerii tancerka porusza się wewnątrz gwiazdy wyrysowanej na podłodze przez światło. Tańczy klasycznie spętana muzyką „Popołudnia Fauna”. Mocnym rzutem wydostaje się jednak poza tę gwieździstą sferę, by wkroczyć w rytm muzyki elektronicznej, pozwalającej na dowolność ruchu. Muzyka Debussy’ego (dziś już klasyczna) powraca, gwiazda rozbłyskuje, a Tancerka musi wracać w jej krąg. Za którymś razem przecząco kręci głową, odmawia...”

Bartłomiej Miernik „Tańczą nad morzem” W: „Teatr” nr9/2004

 

„Twórczość Fridy Kahlo może się podobać lub nie, ale od jej wizjonerskich, barwnych prac niepodobna oderwać wzroku . Tancerze Teatru Okazjonalnego stworzyli na scenie widowisko dorównujące mu urodą i siłą oddziaływania. [...] Udało im się uniknąć pułapki choreograficznego ilustrowania wątków biograficznych i kopiowania jej obrazów. Emocje tkwiące w obrazach Fridy przełożyli na język gestów ciała. Na jej twórczość popatrzyli przez pryzmat własnych doświadczeń i wrażliwości. [...] Świetnym pomysłem okazało się powierzenie opracowanie plastycznego Mateuszowi Skutnikowi. W akwarelach odszedł od jej dosłowności i kolorystyki [...]. Na jego obrazach nie widzimy charakterystycznej twarzy artystki. Gości na nich ciemnowłosa dziewczyna, z lekko zaznaczonymi rysami. Każdy może w nich zobaczyć to, co uwiera i boli najbardziej w jego własnym gorsecie. A tancerze w pięciu przemyślanych i konsekwentnych choreografiach oddają zawarty w nich smutek, walkę z bólem i ciągły apetyt na życie.”

Mirella Wąsiewicz „Viva la Vida”,

Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 6.12.04

 

 

Na uwagę zasługuje też przedstawienie "Viva la vida" Teatru Okazjonalnego z Sopotu zaprezentowane w piątkowy wieczór. Tytuł spektaklu jest taki sam jak tytuł ostatniego obrazu meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. To próba znalezienia wiecznie żywych prawd i wartości, jakich człowiek poszukuje całe życie. Świetna scenografia stworzona we współpracy z gdańskim grafikiem Mateuszem Skutnikiem i choreografia w wykonaniu sopockiego zespołu sprawiają, że całość ogląda się z pewnym niepokojem. Cierpienie i smutek, skomplikowane relacje między ludźmi wytańczone przez Joannę Czajkowską, Iwonę Strupiechowską i Jacka Krawczyka na tle obrazów Fridy w końcowych fragmentach ustępują miejsca nadziei i radości życia. Jak nakazuje tytuł i jak przekonują artyści: "Niech żyje życie".»

 

"Mickiewicz i Kazik z Maleńczukiem"

Gazeta Wyborcza - Kraków nr 279

Aneta Zadroga  30-11-2005

 

"Viva la vida!"

dla serwisu tańca

spektakl recenzuje Sandra Wilk

 

Tworząc choreografię inspirowaną twórczością i życiem innego artysty niezwykle trudno jest nie zbudować fabularnej biografii, czy luźnego, abstrakcyjnego dla widza, szkicu. Dlatego często się zdarza, że odbiorca czuje się bezradny, bo odczytuje jedynie klimat spektaklu wiążący się przecież jedynie pośrednio ze źródłem inspiracji. W przypadku choreografii Teatru Okazjonalnego jest jednak inaczej. Z "Viva la vida!" przebijają nie tylko tragiczne elementy historii życia meksykańskiej malarki Fidy Kahlo, ale i jej pomysł na przetrwanie za wszelką cenę, uporu, odrobina szaleństwa czy seksualna zmysłowość. Dzięki temu spektakl niesie ze sobą jasne przesłanie - bez względu na sytuację trzeba żyć pełną piersią, bez oglądania się na innych.

Ilustracjami do ruchu są tu kolorowe grafiki autorstwa gdańskiego artysty Mateusza Skutnika, które powstały na bazie pięciu obrazów Kahlo, w tym ostatniego pt. "Viva la vida!". Fakt, że wśród wybranych prac nie znalazły się słynne autoportrety, stanowią niemal 1/3 twórczości Meksykanki, świadczy o tym, że tancerzy zainspirował bardziej jej artystyczny przekaz, a nie popularność samej postaci. Dzięki temu założeniu spektakl uwalnia się od konfrontacji z filmem Julie Taymor, a najważniejsze są w nim nastroje, baśniowe kolory i drobne, ale znaczące, elementy z płócien Kahlo.

I jeszcze jedno - chyba nie przypadkiem Teatr Okazjonalny zdecydował się nadać "Viva..." charakter plenerowy. Podczas Sztuki Ulicy na scenę wtargnął bezprawnie pies. Przez chwilę przyglądał się tańczącym i wolnym krokiem, niczym jeden z aktorów, zszedł do widowni. Za mną jeden z oglądających komentował choreografię przez telefon komórkowy: "Yhym, yhym... patrzę teraz na taniec...". Dodatkowo widzowie siedzieli na ziemi i spektakl oglądało się... zza krat (a konkretnie zza metalowych prętów bramek odgradzających plac gry). To wszystko, a może się to przecież zdarzyć podczas każdej prezentacji ulicznej, nadało "Viva la vida!" niezamierzonego, ale z pewnością pożądanego surrealizmu. Swoją drogą od tej klasyfikacji uciekała sama Frida Kahlo, która nie lubiła, gdy krytyka w ten sposób określała jej obrazy, i tego samego zaszufladkowania z pewnością chcieli by także uniknąć twórcy spektaklu: Jacek Krawczyk, Joanna Czajkowska i Iwona Stupiechowska. Jednak w obu przypadkach ów surrealizm istnieje, gdzieś podskórnie się go czuje i odbiera w sposób naturalny.

Taneczna opowieść rozpoczyna się spokojnie, wyznaczonymi na scenie torami idą ludzie. Każdy z nich ma własny cel i rytm. W tle gwar ulicy i wizerunek ogromnego, tętniącego milionem istnień, miasta. Ale oto jeden z wyznaczonych torów (linii życia?) zostaje brutalnie przecięty. W drogę jednemu tancerzowi wchodzi ktoś inny i po chwili już wszyscy się tłoczą przepychają, dotykają. Wydarzenia zaczynają nabierać tempa. Już nie jesteśmy na ulicy, lecz w huczącym tramwaju. Tancerze podnoszą jedną rękę, jakby trzymali się niewidzialnych drążków. I jak każdy z nas z uniesioną ręką i dłonią zaciśniętą w pięść wyglądają tak, jakby wznosili ją także do buntu. Może to bunt przeciwko zamknięciu, sprzecznemu naturze szybkiemu poruszaniu, polityce, a może przeciwko temu, co przypadkiem stać się może... Dla Kahlo taka właśnie niewinna podróż skończyła się tragicznie, kiedy mając lat 15 ledwo przeżyła okropny w swych skutkach wypadek. Wiele lat borykała się z jego skutkami i nigdy już nie mogła żyć tak jak dawniej.

Późniejsze etapy życia Fridy symbolizują w spektaklu Teatru Okazjonalnego sceny w białych gorsetach i te, z użyciem muszli klozetowych. Gorsety w niczym nie przypominają koszmarnego "rusztowania kręgosłupa" (gipsowego, a później metalowego), w jakim malarka uwięziona została na resztę swoich dni. Ale i tak symbol jest wyraźny. Patrząc na ściśniętych materią z fiszbinami tancerzy niemal czujemy jak trudno im się oddycha i porusza. A przecież muszą dalej tańczyć, okiełznać swoje ciała i zmusić je do posłuszeństwa.

Kolejna scena, może dla niektórych zbyt dosadna, to nic innego jak metafora soli życia. Życia sprowadzonego do czynności fizjologicznych, o których na co dzień nie myślimy, ale borykają się z nimi wszystkie ofiary wypadków. Jemy, trawimy, wydalamy. Z czasem nawet w tej wegetacji szukamy jakiś dróg poznania siebie, możliwości wyrażania myśli, ruchu, marzeń. To najważniejsza część spektaklu - skierowana na ważny proces przetwarzania fizycznego bólu w artystyczne piękno. Jego efekty widzimy w ostatniej scenie, w której na slajdach wyświetlane są ogromne czerwone arbuzy, a muzyka niesie nas ku światłu. Tu już nie ma cierpienia, bo koi go sztuka, zapomnienie, taniec i radość życia. Nic dodać nic ująć. Viva la vida! (Niech żyje życie!).

© Sandra Wilk, serwis tańca

 

„Na uwagę zasługuje też przedstawienie "Viva la vida" Teatru Okazjonalnego z Sopotu zaprezentowane w piątkowy wieczór. Tytuł spektaklu jest taki sam jak tytuł ostatniego obrazu meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. To próba znalezienia wiecznie żywych prawd i wartości, jakich człowiek poszukuje całe życie. Świetna scenografia stworzona we współpracy z gdańskim grafikiem Mateuszem Skutnikiem i choreografia w wykonaniu sopockiego zespołu sprawiają, że całość ogląda się z pewnym niepokojem. Cierpienie i smutek, skomplikowane relacje między ludźmi wytańczone przez Joannę Czajkowską, Iwonę Strupiechowską i Jacka Krawczyka na tle obrazów Fridy w końcowych fragmentach ustępują miejsca nadziei i radości życia. Jak nakazuje tytuł i jak przekonują artyści: "Niech żyje życie".

 

Aneta Zadroga "Mickiewicz i Kazik z Maleńczukiem"; Gazeta Wyborcza - Kraków nr 279;30.11.2005

 

 

Opisy Spektakli

Tytuł: „Art Cafe”

Choreografia: Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk

Tańczą: Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk

Kostiumy: Eliza Śliwa

Scenografia: Jacek Krawczyk, Piotr Czajkowski

Muzyka: Josephine Baker, Goldfrapp

Czas trwania: 20 minut

Zdjęcia: Iwona i Jarosław Cieślikowscy

 

W pewnej kawiarni w Paryżu, a może w Warszawie... nad ranem, a może bardzo późnym wieczorem, w opustoszałej sali kelnerka niosąc nad swoja głową jak tacę ebonitową płytę długogrającą, nastawia stary patefon... Budzą się w niej marzenia o wielkiej miłości, o swobodnym tańcu, na który nikt nie patrzy. I nagle wchodzi On. Wielbiciel kawy, a może wielbiciel kelnerki... Ona spłoszona, nieśmiała, w uniżonej pozycji usługującego, spogląda z boku na wyśnionego, pewnego siebie, dobrze ubranego gentlemana. On patrzy spokojnie, chociaż nie ulega wątpliwości, że serce ma gorące. Teatr Okazjonalny przenosi nas w „Art Cafe”, do zapomnianej epoki paryskiego szyku, wystylizowanych ruchów, bon tonu, do świata, w którym rytm wyznacza szum starej, zdartej płyty i piosenek Josephine Baker.

Któż dzisiaj bywa w prawdziwych kawiarniach, gdzie rodziły się miłości i namiętności...? Takie artystyczne kawiarnie mogą funkcjonować już chyba tylko w teatrze.

Ale ważne jest to, ze On i ona się spotkali, że wirują zgodnie wśród wyrzuconych w powietrze papierowych serwetek, ze życie trwa w nich. Bez sprzeciwu na niejednorodny status społeczny, chociaż nie bez problemów, bo przecież on doskonale wykorzystuje dzielące ich różnice. On jest władcą ich wspólnego czasu. On Ją woła, On Ją odtrąca, On Ją kocha. Czy związek o tak kruchych podstawach ma prawo przetrwać?

 

Czy możliwe jest sprawne i przyjemne połączenie namiętności do sztuki i do drugiej osoby? A może nic nie jest wstanie wyciszyć rozbujałego ego artysty?

Jedno jest pewne – akcja dzieje się w Cafe. Art Cafe – oczywiście. Spotykają się tam Ona – niby kelnerka i On – niby wielbiciel kawy. Mimo wyraźnie zaznaczonej muzyką epoki, nie dajcie się zwieść! Art Cafe jest ponad czasem.

 

 

 

„Z problemem dramaturgii dobrze poradził sobie Teatr Okazjonalny z Sopotu, który prezentował na Polemikach choreografię „Art Cafe” – historię rozgrywającą się w kawiarni z ubiegłego wieku, przy starym patefonie i rzeźbionym stoliczku. Tu rozgrywał się dramat kelnerki i jej klienta – dramat, bo mieliśmy przyjemność widzieć zarówno miłość i gniew, jak i taniec i walkę.[...] Spektakl może się podobać – jest wyważony, ciekawy plastycznie, dobrze zatańczony, a przede wszystkim potrafi utrzymać uwagę widza...”

serwis tańca, 11.06.2002

 

„Są takie spektakle, które pozostawiają po sobie lekki niedosyt. Bo czegoś brakowało, bo jeszcze można było coś dodać. Są też takie, po których człowiek czuje się przejedzony[...]. Ale spektaklu pt. „Art Cafe” nie zaliczyłabym do żadnej z tych kategorii. Był to dla mnie spektakl, który pozostawił mnie sytą i usatysfakcjonowaną. Zanim zaczęłam się zastanawiać nad tym, kiedy zacznie mi się nudzić, artyści już się kłaniali. Rzadko zdarza się taka sytuacja, więc je suis contente. Tres contente. Dbałość o każdy szczegół, od stylowego adapteru począwszy, na kołnierzyku kelnerki skończywszy, staranność o każdy krok, muzyka, uczucia...- słowem wszystko, na co złożył się ten spektakl – z pewnością zasługuje na uznanie [...]”

Gazeta VIII Zgierskich Spotkań Małych Teatrów 29.09.2002

 

Warunki techniczne:

próba 2 godziny

wyciemniona przestrzeń z możliwością zrobienia black out’u;

scena minimum 45 m2 z gładką podłogą (najlepiej baletową);

oświetlenie: minimum 10 reflektorów

w tym jeden z czerwonym filtrem, jeden z niebieskim,

czas demontażu: 10 minut

sprzęt nagłaśniający z odtwarzaczem CD

Tytuł: „Aromaty”

Choreografia i wykonanie: Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk

Kostiumy: Eliza Śliwa

Muzyka: Maciej Łyszkiewicz

Czas trwania: ok. 26 minut

Zdjęcia: Iwona i Jarosław Cieślikowscy

 

„W atmosferze przesyconej zapachem ambry, nardu, kadzidła kobiety o mlecznej cerze i oczach wydłużonych za pomocą tuszu roślinnego, o policzkach barwy tulipanów lub kwiatów granatu napełniały rozkoszą męskie serca”

„Kobiety energiczne, indywidualistki, śmiałe w obcowaniu powinny używać znanej wody „Chypre” (zapach o charakterze cytrynowym , połączony z bukietem kwiatowym) oraz „Być może” o pięknym zapachu kompozycji gardenii, jaśminu i róży. Natomiast jeśli chodzi o perfumy, radzimy „Sawę” i „Panią Walewską”. Kobiety młode, o usposobieniu marzycielskim, wesołe powinny pachnieć wodą „Marzenie” lub czystym zapachem „Przemysławki” czy fantazyjną kompozycją zapachu „Dla ciebie”.

Zadbany elegancki mężczyzna stosuje wody kolońskie takie jak „Mister” jako środek higieniczny i powinien pachnieć przede wszystkim czystością”.

 

„Aromaty” to spektakl polisensoryczny, przeznaczonym do: oglądania, słuchania i wąchania. Inspiracją do jego powstania był oczywiście świat zapachów. Zarówno tych naturalnych, jak i tych spreparowanych przez człowieka by umilić jego życie.

 

Premiera odbyła się 19 października 2002 roku w Klubie Żak w czasie wieczoru Trójmiejskiej Korporacji Tańca. „Aromaty” były także prezentowane m.in. w Pradze w ramach konkursu dla młodych choreografów w Duncan Centre Theatre, w ramach Republiki Tańca w Teatrze Małym w Warszawie, na festiwalu Era Nowe Horyzonty w Cieszynie i w ramach cyklu „Teatr, Muzyka, Taniec” w CK Zamek w Poznaniu.

 

Recenzje:

„Trójmiejscy tancerze [...] próbują tańczyć niemożliwe. Na przykład zapachy. Podczas drugiej żakowskiej sesji Trójmiejskiej Korporacji Tańca duet Joanna Czajkowska – Jacek Krawczyk, czyli Teatr Okazjonalny, zatańczyli właśnie „Aromaty”.

Znając ich poczucie humoru, można było spodziewać się kpiny z aktualnych szaleństw typu feng-shui, wahadełka, kadzidełka, aromaterapia. Jednakze nie; oni tańczą aromaty serio. Nawet z lekką tonacją metafizyczną. Staje się to jasne, gdy Ona zaczyna nad kagankowym wyposażeniem sceny usypywać piaskową ścieżkę w kształcie ósemki. W rzeczy samej jest to wstęga Mobiusa, symbol nieskończoności. Tu kończą się żarty.

On to aromaty ciemne, korzenne. Ona – kwiatowe i owocowe, jasne. Ona i on to rodzaje albo też pierwiastki aromatyczne. Nie jest pewne, czy z ich połączenia powstanie aromat wyższego rzędu. Ale jest możliwe. [...]”

Tadeusz Skutnik „Aromaty Tańca” W: Dziennik Bałtycki, 23.10.2002

 

„...Współtwórcy choreografii pokierowali nią w stronę swobodnego, niemal mistycznego, ruchu, uzupełnionego przez unoszący się w przestrzeni gry zapach. Teatr Okazjonalny wykorzystał, więc u widza zmysł, którego zazwyczaj nie spodziewamy się użyć, gdy przekraczamy próg sali teatralnej. Wyprawa w krainę węchu jest niezwykle bogata – na scenie stoją eleganckie flakony, palą się kadzidła, rozsypany proszek zapachowy miesza się w powietrzu z rozpylanymi perfumami. W swej warstwie dramaturgicznej „Aromaty” nawiązują do wschodnich medytacji – tancerze uwięzieni w matematycznym znaku nieskończoności próbują się wyrwać ze swoich samotnych światów, odnaleźć, ale niekoniecznie po to, by ich świat był wspólny. On uwięziony w błękitnym świetle, ona w czerwonym, przypominają swoim zachowaniem wschodnią historię o błękitnych i czerwonych tygrysach, które szukają się przez całe życie, a jeśli uda im się spotkać – giną. Spektakl ma jednak europejski charakter – stawia pytania, czy potrafimy jeszcze wykorzystywać węch, czy pamiętamy jak pachnie ludzkie ciało, ale solowa scena Joanny Czajkowskiej, do dźwięków błyskawicznie uwalnianych migawek aparatów fotograficznych, przypomina nam, że nadal jesteśmy w krwiożerczym świecie pieniędzy, mediów – ciągle obserwowani, poganiani, oglądani. Czy w tym świecie zapach jest jeszcze potrzebny?”

Sandra Wilk W: „Serwis tańca”

 

 

„W czerni i bieli”

 

Choreografia i scenariusz filmowy: Iwona Gilarska

Tańczą: Iwona Gilarska, Jacek Krawczyk

Montaż filmowy: Robert Kielak, Andrzej Mańkowski

Zdjęcia do filmu: Krzysztof Miłosz

Muzyka: collage (zrealizowany przez Andrzeja Pawłowskiego)

Kostiumy: Eliza Śliwa

Światła: Bartosz Cybowski

Czas trwania: 30 minut

 

 

Iwona Gilarska o spektaklu: „Pomysł narodził się z naturalnej potrzeby opowiedzenia o MIŁOŚCI. Zawsze uważałam, że miłość jest najważniejsza. Nieodparta chęć bycia szczęśliwym jest jej przejawem. Tyle jest wymiarów miłości ile jest jej w nas, ile możliwości do kochania. Łatwo jest sterować uczuciami, tworzyć wrażenie, że dotykamy istotnej prawdy, bo aranżujemy, ustalamy, tworzymy techniczno – scenogaficzne konstrukcje... przyzwyczailiśmy się do nadużywania romantycznych klisz, do kiczu, do gry w pozorowaną szczerość. Mimo ujawnienia sztuczności aktu teatralnego, czy też filmowego przekazu, pozostała pewna warstwa prawdy. Ta prawda jest nieuchwytna, paradoksalna. Nie da jej się uchwycić na gorącym uczynku, ani wykreować na zamówienie. Z prawdą teatru jest więc trochę jak z miłością. Kiedy o niej mówimy, kiedy chcemy ją publicznie pokazać, ona się wymyka. Ale gdy spojrzymy na nią z dystansu , okazuje się, ze istnieje”.

 

Bohaterką jest kobieta, która szuka spełnienia w miłości,…czy je znajduje?

 

Recenzje:

„Spektakl „W czerni i bieli” to historia walki – namiętności między parą kochanków. Historia stara jak świat, banalna, a zarazem bezpretensjonalna i wymowna, opowiedziana wyłącznie językiem tańca. Duet Iwony Gilarskiej i Jacka Krawczyka to dowód na to, że profesjonalny taniec nie potrzebuje rusztowania w postaci efekciarskich środków czy scenicznej paplaniny”.

Gazeta Morska 11.02.2003

„W czerni i bieli” bez specjalnego wysiłku tancerze wyczarowują kolejne fazy zauroczenia, miłości, rozdźwiękowienia związku, rozpaczy po rozpadzie. Krawczyk jest mistrzem, może zagrać wszystko. Toteż warto zwrócić uwagę na Iwonę Gilarską. Jest w tym spotkaniu znakomita. Demonstruje coś, dla czego mężczyźni tracą głowy. Jeszcze jedno: oni odważyli się na happy end!”

Dziennik Bałtycki 11.02.2003

 

Spektakl zrealizowany został dzięki stypendium Urzędu Miasta Gdańska w 2003 roku.

Otrzymał dwie nagrody: za najlepszą dramaturgię i nagrodę publiczności na festiwalu Polemiqi 2005.

 

 

Tytuł spektaklu: „Signum Temporis”

Scenariusz, choreografia i reżyseria: Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk

Scenografia: Andrzej Pawłowski, Jacek Krawczyk

Kostiumy: Reserved

Tańczą: Joanna Czajkowska,

Anna Jędrzejczak

Jacek Krawczyk,

Iwona Gilarska

Opracowanie muzyczne: Marcin Wasyluk

Światła: Bartosz Cybowski

Fotografie promujące spektakl: Piotr Wołoszyk

Film: Beata Staszyńska

Prapremiera: Klub Żak w Gdańsku, 31.01.2004

 

Tematyka spektaklu:

Signum Temporis z łaciny „znak czasu”, wydaje się być przewrotnym tytułem w kontekście tematu WOJNY. Wszak wojna jako zjawisko nie zna czasu. Towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Od zarania dziejów jest strategią dla przywódców i realnym strachem, śmiercią i zniewoleniem dla „zwykłych” ludzi. Zabijano, prowadzono i nadal się prowadzi działania zbrojne w imię wyższej, lepszej cywilizacji, postępu, a nawet Boga. Zawsze wojnie towarzyszy niezrozumienie, brak empatii, zawiść, lęk przed innym - obcym i nienawiść. Wszystkie te emocje, bliskie człowiekowi, podniesione do ekstremum, zwielokrotnione propagandą i „wielką polityką” owocują złem, którego rozmiaru, nie da się opisać.

Wojna istnieje jako otwarte starcie zbrojne pojedynczych państw i ich sojuszy. Jako podskórne działania partyzantów, a nawet jako potępiany przez świat terroryzm.

Wydawać by się mogło, że każdy z nas, żyjących w niepodległym, wolnym od kilkunastu lat państwie, wojnie powie „nie”. Ale czy tak jest? Przecież można też powiedzieć, że wojna to stan ducha, wewnętrzny konflikt. To także konflikt z innymi, wolnymi ludźmi, których oszukujemy, mówiąc półprawdy, nawet w imię dobra (najczęściej zresztą swojego), walcząc o pracę, pieniądze i inne dobra materialne, odwracając się od tych, którzy nam się już do niczego nie przydadzą i nie zauważając tych, którym ta uwaga jest niezbędna. Wojna to biznesowe, braterskie i przyjacielskie strategie, które mają nam przynieść chwałę i komfort. Wojna jest w nas.

 

Forma artystyczna:

„Signum Temporis” to spektakl z gatunku „teatr tańca”, gdzie ruch, w tym przypadku oparty o technikę tańca współczesnego i sporty walki, aktorskie bycie w postaci kreowanej i w sytuacjach istniejących mają znaczenie równoważne. Dzięki ruchowi wywiedzionemu ze znaczenia i emocji, wzmocnionemu odpowiednią dramaturgią, chcemy uzyskać na scenie prawdziwe, bliskie każdemu człowiekowi sytuacje, które głęboko dotkną widza.

Widowisko to nie jest linearną historią, a przeplatającymi się wątkami, o różnym znaczeniu.

Praca Beaty Staszyńskiej nie stanowi części spektaklu, istnieje samodzielnie promując wersję sceniczną „Signum Temporis”.

 

Recenzje:

„Taniec. Teatr Okazjonalny w Żaku. ZNAKI WOJNY.

Rzeczywistość wytańczona w spektaklu „Signum Temporis” okazuje się na szczęście prostsza, wyrazistsza i klarowniejsza niż przedpremierowe wynurzenia twórców obrazu na temat jego przesłania. Według nich tematem widowiska ma być wojna jako stan ducha („wojna jest w nas”).

Obrazy. „Signum Temporis” zaczyna się żartobliwie: od przedstawienia naszych „braci mniejszych”, takich jak gąsienica, żuraw, koziołek czy łoś. Nagle odnajdujemy się na strzelnicy sportowej. Troje strzelców mierzy tu do „łosia” i z rozbawieniem przygląda się jego „konaniu”. Po tej „introdukcji półżartem” dwie pary tancerzy przedstawiają trzy obrazy: Joanna Czajkowska i Iwona Gilarska coś na kształt treningu wschodnich sztuk walki, zaś Anna Jędrzejczak i Jacek Krawczyk – sztuk kochania i zabijania. Gra, taktyka, zaloty, umizgi, nawet pojedyncze morderstwo, w obrazie trzecim – zagranym przez całą czwórkę – przechodzą w jatki. Finał to wojna! Wszystkich ze wszystkimi. Tancerze tropieni przez reflektory – szperacze i przez niewidocznych strzelców. Ostra, wystrzałowa muzyka. Trafiani całymi seriami, tancerze podnoszą się i znów upadają. Każdy umiera wielokrotnie.

Gra. Teatr Okazjonalny wystąpił tym razem w poszerzonym składzie. Joannę Czajkowską i Jacka Krawczyka znaliśmy wcześniej jako znakomitych tancerzy. Podobnie Iwona Gilarska zdołała zapisać się w pamięci widzów kilku wyrazistymi kreacjami. Największą niewiadomą w tym zestawieniu była debiutująca na gdańskiej scenie Anna Jędrzejczak. Zagrała na dorównującym im aktorsko i tanecznie poziomie. Wydaje mi się, że to – oprócz talentu i pracy osobistej – również zasługa i pomoc bardziej doświadczonych partnerów z zespołu, w tym zwłaszcza Jacka Krawczyka. Życzliwe przyjęcie debiutantki dobrze zrobiło całości.”

Dziennik Bałtycki 02.02.2004

 

 

„Spektakl taneczny w Klubie Zak. WOJNY OKAZJONALNE.

Gdzie jest początek wielkich konfliktów? W niecierpliwym geście, drobnym oszustwie, agresywnej wymianie zdań – zdają się mówić artyści Teatru Okazjonalnego. Signum Temporis – najnowszy spektakl Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka, pary trójmiejskich tancerzy i choreografów – dotyka tematu konfrontacji, małych i dużych wojen. Artyści Teatru Okazjonalnego zaprosili do współpracy przy nim dwie tancerki – Annę Jędrzejczak i Iwonę Gilarską. Premiera się odbyła w sobotę w Klubie Zak. W wykonaniu czwórki tancerzy zobaczyliśmy dynamiczne i przewrotne choreografie, pokazujące konflikty jako strategie wykorzystywane przez bliższych lub dalszych znajomych.

Przedstawiające, krok po kroku, jak od zniecierpliwienia przechodzimy do rozdrażnienia i agresji. Bez militarnych akcesoriów, wojennej martyrologii twórcy spektaklu przekonywująco kreślą banalność i powszechność kłótni, nieporozumień, które stają się wstępem do wielkich konfliktów. – Nie chroni nas przed tym kultura i cywilizacja – przestrzegają autorzy spektaklu. Pokazując, jak łatwo przechodzi się od kontemplowania kobiecego ciała w rytmie popowych przebojów do zbrojnego starcia. Nie sposób się z nimi nie zgodzić, potwierdza to niemal każde wydanie serwisów informacyjnych, radiowych i telewizyjnych. Finałowej przejmującej scenie, gdzie tancerze stają się ofiarami na jednym ze współczesnych pól bitwy, towarzyszą narastające, początkowo trudne do zidentyfikowania dźwięki. Muzyka berlińskiej grupy Einsturzende Naubauten, wykorzystującej dźwięki cywilizacji industrialnej, min. odgłosy silników samochodowych, maszyn, stukania młotków, potęguje wymowę ostatniej sceny przedstawienia. I jest jeszcze jednym znakiem naszego czasu – nawiązującym przewrotnie do tytułu spektaklu.”

Mirella Wąsiewicz ; Gazeta Wyborcza Trójmiasto 02.02.2004

 

Tytuł: „Carpet Show”

spektakl grany w dowolnie wybranej przestrzeni miejskiej

Pomysł i reżyseria: Joanna Czajkowska

Udział biorą: Joanna Czajkowska

Anna Jędrzejczak

Jacek Krawczyk

Iwona Gilarska

Marcin Wasyluk

 

 

"Spośród spektakli najciekawszą propozycją okazał się występ sopockiego

Teatru Okazjonalnego z toczącą się na ulicy, precyzyjnie zbudowaną akcją

"Carpet show". Dwóch tancerzy i trzy tancerki, mieszając się z tłumem

przechodniów, niosą dwa zrolowane dywany. Za chwilę rozwiną i poprzez ruch najpierw zaciekawią, by z minuty na minutę zbudować tkankę wzajemnie nachodzących na siebie seansów. Akcja sama wędruje po ulicy. Po odegraniu sceny, dywan jest przez artystów zwijany, by pięć metrów dalej zaprezentować na nim kolejny z odcinków opowieści. A opowieść to osobliwa: poważna dyskusja o świecie damsko-męskich ról. Idealnie zbudowane tancerki, krawieckim centymetrami mierzą swe talie i biodra, głośno komentując wyniki. Absurd odchudzania ukazują poprzez przykładanie centymetra sobie i widzom do głowy, nosa, łopatki, łokcia. Wyniki powtarzają po wielokroć, by zapamiętać, wbić je sobie do głowy. Aby zmniejszyć wymiary muszą nieustannie ćwiczyć, toteż ordynują sobie fitness, zapraszając do sztuki zrzucania tłuszczu trzy chętne adeptki spośród widzów. I oto widzimy fitness club na ulicy: w rytm

mechanicznej muzyki mechaniczne ruchy sześciu kobiet. Tancerki Teatru

Okazjonalnego kpią w ten sposób ze statyczności ubranej w płaszcz sportu, z dziewcząt zrzucających kilogramy (centymetry). Kończą w udrapowanych na telewizyjny spot reklamowy pozach: trzy zmęczone tancerki, popijając wodę mineralną, chórem zachwalają jej zalety.

Historię o stereotypowym postrzeganiu ról kobiet i mężczyzn dopowiada para tancerzy tańcząc ruchem

 

Published in Reprint
“Patrz Mi Na Usta” Theatre
Welcome to Café Domino
Premiere 02/03/04.06.2004 Sfinks, Sopot


Spectacle:
The play was composed and directed by Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz in cooperation with Bożena Eltermann and guest actors such as Anna Steller and Milena Rewińska (ex-Dada von Bzdulow), Magdalena Jędra (Plastique Dod), Jacek Krawczyk (Okazjonalny theatre) and Magda Frąckiewicz.

Metatheatricality:
The title and the whole structure of the performance constitute a metatheatrical message. Two little curtains (one in the shape of a huge vagina and the other being a plain partition of velvet fabric), changeability of conventions within the performance (suggesting references to popular theatre, vaudeville, revue and circus) and a number of other metatheatrical signs (theatre within theatre, onstage group photos, movie quotations) suggest the performance is both a communication vehicle and its subject. The play’s reality is the reality of the stage and not a reflection of the reality around us.  

Mixture of styles and genres:
The vaudeville structure of the performance combines ritual and Artaudian expressionist ritualism, magic realism, circus, freak show (a show of freaks of nature), contemporary dance, Robert Wilson’s esthetics, a fashion show, folklore. This theatre arises in opposition to drama theatre, psychological acting, mimetism, Western theatrical conventions, Aristotle’s poetics and dominance of the word. The spectacle is characterized with tempo changes and an oniric atmosphere, where the division into the past, present and future has been abolished. History becomes archetypal. This archetype is subjected to a fresh and unique interpretation.   

The word:
The role of the word in spectacles is reduced to a minimum. The sound and rhythmic value of words uttered on the stage is what counts more about them. The word expresses the multi-cultural experiences of the authors. German and Polish words used in the performance have both literal and symbolic meanings; they convey humor and terror.

Acting:
Acting is vivid, engaging the actor’s body and facial expression. Actors search for signs and movements carrying strong emotional loads and intuitively perceived meanings. At some moments actors change into Artaudian “live hieroglyphs”. Movement may sometimes slow down or become rhythmic, to draw the viewer’s attention not to the story as such or its linear development but to the here-and-now, to the lingering presence. This technique is close both to that of Wilson and the Japanese Noh.

The audience:
Signs, symbols, quotations and the game involved invite the audience to actively participate in the performance. The audience is not expected to follow the director’s mind but to actively read and individually (filtering with their own experience) interpret the stage reality, to succumb to the magic created with the work’s structure. The intensity of the feelings is to become the vehicle taking the audience to the subconscious. It is a theatre of emotion, not reason.

Symbolism:
References to the popular theatre (actors’ expressive techniques) and popular religious devotion in an iconic (often literally!) selection of costumes and their surprising matches can be perceived, on the one hand, as being close to kitsch or, on the other hand, as geographic (central European) placement of the sources of art. The reason behind this selection of means is first of all a search for an interpretable sign, communication with the audience at the level of icons. Icons explored in the performance of Patrz Mi Na Usta Theatre are more than just sources – they are applied because of how well they match the criterion of clear communication. Inviting us to interpret a sign, authors intervene in its meaning. “Café Domino” contrasts it with another one (nudity, animal nature), pulling down the conventional definitions of one and final religious affiliation and cultural identity. Symbols of clear religious origins become in the spectacle international, globally interpretable signs. There is a well-defined spiritual purpose in drawing on the kitsch esthetics then. For this reason it longer is kitsch really but rather a sign serving to communicate and to stimulate contact with the audience. A mix of high and low culture conventions as well as a search for effective iconic communication makes this theatre spiritually close to the Latino theatre. Authors use clear signs to stimulate the viewer. It is not about shocking the audience as is often thought in relation to this theatre though but about engaging viewers in a theatrical game where they will participate with their own interpretations of reality and hyper-reality in what is a unique manipulation on theatrical conventions.

Political character of work:  
Thanks to this game, we are encouraged in “Cafe Domino” to get rid of binary glasses through which we can see the world as made up of simple oppositions. The time of the spectacle is flexible – it accelerates or slows down. Conventions overlap, heroes transform (mother-human being becomes  a mother-peacock at the end of her quest, while an innocent girl becomes an animal tamer and God/Beast fawns on people), theatrical realities, awake or dreams, paradise and horror, intuition and faith, concealed desires and the survival instinct, the divine and the beastly, the feminine and the masculine intertwine and blend. The spectacle encourages us to open to the limitless mind, and, consequently, to agree to the dissimilarity, to the heterogeneity of the world. Our identity is undergoing never-ending changes – it is not static but is reshaped on contact with the dissimilar. Transgender, transsexual motifs have long been present in Dziemaszkiewicz’s work. Here they have been harmonically integrated into the whole ontological assumption of the spectacle. Reaching for premonitions, instincts, emotions, “Café Domino” asks questions concerning the borderlines between the beastly and the divine, the reality and the hyper-reality, between what is real and tangible and what can only be felt. Our primeval traits hidden in the mind and the desire for affection make us both gods and animals. The spectacle’s structure answers the question concerning man’s strength: it is the power of imagination.

Interdisciplinarity:
Interdisciplinarity is a characteristic feature of the spectacle which exerts influence on the sense of sight with rich costumes. Alicja Gruca designed a collection whose presentation becomes the central part of the performance. Much importance was attached to the choice of music. Music defines meanings, builds up tension and is the co-teller. Sometimes music is created live with simple means or on the side of the stage. It emphasizes the ritual character of some scenes.

The story:
The story-line is well marked but it is not the most important element. Through the curtain/vagina a child/monkey is born with the assistance of two demonic-stereotyped sexy nurses. In the scene of a walk with a pushchair, we meet the child’s mother (Eltermann); her presence and her story is built by a rustling forest/jungle. During the walk, the mother recalls her meeting with the child’s father. Lost in thoughts, she forgets about her child and so it is kidnapped by three grotesque female hunters. The mother experiences moments of despair but she gets red high-heeled shoes which improve her mood. What is more, she meets somebody. Dziemaszkiewicz in a decorative G-string and beaded necklaces resembles both an ancient God/Lover and a wild animal. His movement shows his transformation: he changes his sexual interests. First he dances with Eltermann to change moments later into a homosexual. Holding lilies in his arms, he calls “Bogumił” and the theme from “Noce I Dnie” (Days and Nights) movie continues just as it did in the dance scene. The effect is comic and disarmingly honest. The mother marked by her tragedy and the meeting sets out on a journey in search of her child. The play can be interpreted as a mythical quest for a lost treasure. In this sense, it is an archetypal story.
Parallel to the mother’s story, the child’s story takes place. For a moment, the little monkey’s fortunes are dictated by the three hunters’ mischief. The role of these women can be read as that of trickster, prankster and goblin from the oral tradition of many nations. Their scene is a combination of comic and ritual elements.  These and other characters are not clearly defined and their main principle is that of transformation. In the case of the tricksters, play may turn into horror. The little monkey is found by a girl called Mini Madzia, who in turn finds her true love in Mr. Wąsik. The spectacle’s love scene is romantically calm and beamingly joyful. It ends then in an invitation to a show of wonders of this world. On adopting the monkey, the heroes sit down on a suitcase and join us in watching a circus show. It is another metatheatrical sign for the audience, a theatre in a theatre.  
The new parents and their child are weird enough to get themselves adopted by the circus people. We then see the monkey’s further fortunes, life in the circus where Mr. Wąsik is an athlete and Mini Madzia is an animal tamer. The scenes ending this show are a true riot of images and sounds. The parade of Polar Bears and the grownup gorilla is absurdly comic, charmingly innocent, emanating with the miracle of stage transformations. The spectacle closes with a ritual dance of the mother transformed into a peacock and the ultimate reunion of the lost child with its mother/animal. The story is construed on the basis of multiple themes: quest, trickster, part man/part animal. In this regard, the tale refers to the heroes and themes typical of the oral tradition.
Published in Review

Warto cieszyć się tańcem, rozmawia Łukasz Rudziński.
24 października 2008

Joanną Czajkowską wraz z Jackiem Krawczykiem to postacie w trójmiejskim środowisku teatralnym doskonale znane. Razem tworzą jedną z najciekawszych formacji teatru tańca w Trójmieście - Teatr Okazjonalny.

 

Published in Interview
Page 1 of 2