Taniec nad rozpadliną/ Tadeusz Skutnik/ Dziennik Baltycki, 2008-09-02
Taniec nad rozpadliną
IX Gdańska Korporacja Tańca. Pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.
«Międzynarodowy, festiwal Gdańska Korporacja Tańca za nami. Co się zdarzyło? Otóż zdarzało się coś co dnia. Nawet jeśli przedstawienia były tylko przypomnieniami tego, co się już widziało.
Jeśli ktoś oczekiwał, że GKT zacznie wreszcie obumierać, to się srodze zawiódł, bo jest wprost przeciwnie: rozwija się, dojrzewa, a nawet rzekłbym - mając na uwadze solo Leszka Bzdyla - hardzieje.
Gdańska Korporacja Tańca - spotkanie tancerzy, których gdański ośrodek wyemitował w świat, a także ich światowych przyjaciół - dowodzi, że tu jest silny ośrodek tańca współczesnego, choć nie jest to jedno centrum, lecz sztuka rozpisana na wiele zespołów. Czy to źle?
Na pewno już dawno minął czas ewentualnej integracji. Najsilniejszy w tej układance Dada von Bzdülöw obchodził piętnastolecie założenia, za dwa lata dobije do tej granicy Teatr Patrz mi na Usta, Teatr Okazjonalny w październiku będzie święcił dziesięciolecie, podobnie Kino Variatino Anny Haracz i Teatr Cynada Bożeny Eltermann
Mimo spotykania się i tasowania personalnego w poszczególnych spektaklach, ruch odśrodkowy był w tym środowisku silniejszy od dośrodkowego. Może właśnie dlatego, że nie było tu silnego ośrodka? W tym sensie GKT podtrzymuje na duchu skrobiących każdy sobie rzepkę, tudzież spełnia rolę mitu.
W zakończeniu festiwalu najbardziej oczekiwany był słowacki zespół z Belgii Les SlovaKs. Piątka chłopaków plus skrzypek na żywo nie zawiodła. Pokazała, że tańcem można się również bawić, choć momentami ta zabawa przeradza się w niebezpieczne zapasy, podczas których jednemu z zapaśników np. pękają spodnie w kroku.
Natychmiast zresztą ten przypadek zostaje przez chłopaków "ograny", ku uciesze widowni, poprzez powiększenie dziury i założenie pechowcowi - pieluchy. Trzeba było widzieć jego nietęgą minę! Choć to wszystko tancerze "po szkołach", a nawet studiach, chętnie sięgają do folkloru słowackiego, węgierskiego i cygańskiego.
Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie jeszcze dwa zespoły: Teatr Okazjonalny wzbogacony o dwoje tancerzy - Monikę Grzelak i Przemysława Wereszczyńskiego - którzy znakomicie zintegrowali się z parą Czajkowska - Krawczyk, dając przejmujący, właściwie kosmiczny spektakl "D-KOD-R", obejmujący życie od zalążka po cywilizację cyfrową.
Tym razem absolutnie przekonująca była też Anna Haracz w roli jakoby szamanki, zaklinającej rzeczywistość, a w tej rzeczywistości również grającego na żywo dla niej na bębnach ceramicznych Tomasza Antonowicza. Wyczuwało się, że diabelska władza Haracz w spektaklu " ale jest jeszcze prawda" sięga poza scenę, zaczarowuje również widownię. Nie zaczarowała, ale zdumiała chyba widownię Magda Jędra pokazem nie-tanecznym "Junkie", spektaklem najbardziej zagadkowym całego festiwalu.
Na koniec niepokój: budzi go brak następców naszej profesury tanecznej. Są profesorowie, ale studentom do nich... ho, ho, a pomiędzy nimi może się rozstąpić rozpadlina. Jedyna wypatrzona przeze mnie pasjonatka tańca (a bez pasji to tylko hobby) to siedemnastoletnia Katarzyna Wolińska z "inkubatora" Katarzyny Chmielewskiej. Może być z niej w przyszłości piękna balerina. Czy to nie mało?
"Taniec nad rozpadliną", Tadeusz Skutnik
Polska Dziennik Bałtycki nr 205, 02-09-2008
Po debacie
Sprawozdanie, refleksje i wnioski artysty niezależnego, patrzącego mimo wszystko w przyszłość z nadzieją.
I. Na dobry początek
Z okazji Międzynarodowego Dnia Tańca, we wtorek 29 kwietnia w Nadbałtyckim Centrum Kultury odbyła się otwarta publiczna debata o tańcu. Zaproszenie otrzymali tancerze Opery Bałtyckiej oraz zespołów teatrów tańca współczesnego, choreografowie, pedagodzy, dyrektorzy instytucji kultury dziennikarze oraz przedstawiciele lokalnych władz. Do oficjalnego stołu dyskutantów zaproszeni zostali przedstawiciele Opery Bałtyckiej: Marek Weiss-Grzesiński, Jerzy Snakowski i Izadora Weiss, oraz demokratycznie wcześniej wybrani przedstawiciele niezależnego środowiska z kręgu tańca współczesnego i teatru tańca: Leszek Bzdyl (Teatr Dada von Bzdülöw), Katarzyna Julia Pastuszak (Teatr Amareya, reprezentująca również Klub Żak), Bożena Eltermann (Teatr Cynada) oraz pisząca te słowa Joanna Czajkowska (Teatr Okazjonalny, Sopocka Scena Off de BICZ). Głos w debacie mógł zabrać jednak każdy, kto miał na to ochotę i czuł potrzebę. Rozmowę prowadził Tomasz Olszewski.
Z założenia spotkanie miało służyć przeanalizowaniu stanu faktycznego aktualnej formy sztuki tańca w Trójmieście i być może wspólnemu zastanowieniu się, a może nawet poszukaniu rozwiązań, jak przywrócić blask i nie tak dawną świetną kondycję tej sztuki w naszym rejonie.
Według programu przygotowanego przez organizatorów, miłośnicy tańca mieli poruszać m.in. problem harmonijnego współistnienia na scenie tańca klasycznego i współczesnego, omówić zmiany w profilu gdańskiego baletu, pojęcie amatorstwa w tańcu, a także poszukać możliwości rozwoju tańca w naszym regionie oraz zwrócić uwagę urzędników na problemy finansowe i organizacyjne, z którymi borykają się choreografowie i tancerze.
II Z Górnego "C", czyli o finansach na początek
Zaraz po oficjalnym powitaniu, zabrał głos dyrektor Departamentu Kultury i Sportu Urzędu Marszałkowskiego W. Zawistowski, który z przyczyn niezależnych nie mógł zostać do końca debaty. W swoim expose zaznaczył, że dla UM taniec stanowi zauważalną i wysoką wartość artystyczną, czego dowodem jest przyznanie w ostatnich dwóch latach Nagrody Teatralnej choreografom niezależnym (Jacek Krawczyk - Teatr Okazjonalny - 2005, oraz Leszek Bzdyl - Teatr Dada von Bzdulow - 2006), a także przyznawane rok rocznie stypendia artystyczne. Jak zaznaczył w tym roku, wśród świeżo przyznanych stypendiów, na projekty związane ze sztuką tańca, Urząd Marszałkowski przyznał 33.000 złote, co stanowi 10% całkowitej sumy przeznaczonej na stypendia.
I tu, pojawiają się pierwsze refleksje - przy najszczerszych chęciach rozmowy o sztuce w rzeczy samej, pojawia się mimowolnie temat jej finansowania.
A ponieważ w dobie kultury masowej, jakiemukolwiek artyście XXI wieku, nawet temu, który zajmuje się elitarną formą koncept artu, nie wystarcza samo kartezjuszowskie bycie poprzez myślenie, dyskusja na temat finansowania, wywołuje spore emocje. Tak też było i tym razem.
Prawdopodobnie kwota przyznana przez Urząd Marszałkowski w tym roku dla artystów z kręgu tańca, podzielona na ilość osób ubiegających się i uhonorowanych tym wyróżnieniem, wyniesie jakieś 3 - 5 tysięcy złotych na projekt.
Pozostaje zapytać, co można z takimi pieniędzmi zdziałać i skąd wziąć resztę, w momencie, gdy przeciętny, realny budżet małej produkcji tańca, bez zawyżania kwot, to jakieś 30.000 złotych? Mówiąc brutalnie: o tak zwane "jedno zero" więcej!
I czy aby owe 10% całej sumy, to rzeczywiście dużo? Taniec wydaje mi się, bowiem jedną z kilku, a nie z dziesięciu dziedzin (obok projektów literackich, muzycznych, z zakresu sztuk pięknych, teatru i filmu oraz sztuki ludowej naszego regionu - jeśli coś ominęłam, to nieświadomie), których przedstawiciele ubiegają się o dofinansowanie w postaci stypendiów. Biorąc pod uwagę fakt, że w Trójmieście nie ma jednej, profesjonalnej instytucji, która zajmowałaby się wyłącznie tańcem, co oznacza, że jego twórcy zmuszeni są do pracy "na własną rękę", niezależnie, a mimo to osiągają wysokie rezultaty artystyczne, stanowić powinno moim zdaniem impuls do nagradzania tych najlepszych, w sposób chociaż odrobinę bardziej realny.
Rozmowa o tym "skąd brać resztę" i jak przetrwać, nie obniżając lotów artystycznych, odbyła się jednak znacznie później.
III O wyższości Świąt Bożego Narodzenia
Ponieważ inicjatorem spotkania był dyrektor Opery Bałtyckiej, który podjął się zmiany profilu zespołu baletowego Opery z klasyki w kierunku tańca współczesnego, środowisko tzw. niezależne, miało nadzieję, na dialog wykraczający poza ramy kurtuazji. Dialog, który w przyszłości mógłby zaowocować wspólnymi projektami, czy innego rodzaju współpracą. Okazało się jednak, że cel poznawczy musiał spełznąć na drugi, albo i trzeci plan, wobec ogromnego rozłamu w samym środowisku baletowym związanym zarówno z Operą Bałtycka, jak i gdańską Szkołą Baletową. Zebrani przedstawiciele tego środowiska z zapałem dowodzili wyższości Świąt Bożego Narodzenia (sztuka baletowa) nad świętami Wielkanocy (taniec współczesny), poddając kilkakrotnie w wątpliwość, czy w ogóle taniec współczesny, to sztuka przez duże "S". Twórcom contemporary dance z kręgu poza instytucjonalnego przyszło, zatem bronić honoru tańca współczesnego, a co za tym idzie, pośrednio bronić działań formalno - artystycznych duetu Grzesiński / Weiss. Przydzielona nam rola obrońcy "barbarzyńców w ogrodzie baletu" była dla nas niemałym zaskoczeniem. "Barbarzyńcy" natomiast tłumaczyli swoją decyzję słabą kondycją zespołu baletowego, który nie był wstanie realizować repertuaru klasycznego. Wobec takiej niemożności, rozsądnym wyjściem według nowej dyrekcji wydała się próba przeprowadzenia zmiany profilu placówki. Co także nie jest łatwym zadaniem, albowiem zespół ten słabo tańczył klasykę, ale równie słabo tańczył repertuar współczesny. To, co wcześniej widywaliśmy w Operze Bałtyckiej było raczej demi-klasyką lub neo-klasyką, nie zaś tańcem modern lub tym bardziej contemporary. Izadora Weiss wraz z Romanem Komassą wzięli na siebie zatem zadanie nie łatwe. Planują także w przyszłości prowadzenie warsztatów, mających na celu kształtowanie młodych tancerzy zgodnie z nowym profilem zespołu. Miłośnikom tańca jako takiego, na razie przypada jedynie trzymać kciuki za powodzenie tej operacji.
Warto tu zaznaczyć, że w czasie burzliwej dyskusji, nikt z zebranych nie kwestionował znaczenia baletu jako formy sztuki, a tym bardziej znaczenia nauki techniki tańca klasycznego w procesie edukacyjnym młodych tancerzy.
A wniosków płynących z dyskusji było kilka, po pierwsze powinna nastąpić reforma szkolnictwa baletowego w Polsce tak, by absolwenci tych szkół byli wstanie zatańczyć zarówno klasykę - na świetnym poziomie, jak i przynajmniej na poziomie średnio zaawansowanym taniec współczesny. Większa wszechstronność absolwentów tych szkół pozwoliłaby im na znalezienie pracy lub podjęcie dowolnie wybranych studiów tanecznych zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Przydałyby się także większe kwoty dotacji z urzędu lub od sponsorów, dzięki którym zespół Opery Bałtyckiej mógłby realizować widowiska z dużym rozmachem. Temat sponsorowania (a raczej jego braku) powrócił jak bumerang przy omawianiu działalności choreografów działających poza nurtem instytucjonalnym. Ostatni zaś wniosek z tej części debaty to taki, że czas na wystawianie ocen, czy reforma w Operze Bałtyckiej była słusznym posunięciem, przyjdzie za chwilę. Na razie jest za wcześnie, żeby osądzać, czy taniec na pointach czy też zupełnie bez nich jest lepszy lub gorszy, tylko i wyłącznie z samej definicji. Z każdą kolejną premierą będziemy, jako widzowie mieli jasność, czy artyści Opery Bałtyckiej tańczą tak, jak na taką instytucję przystało - perfekcyjnie, pięknie, ale też i mądrze.
To, co zasmuciło mnie, jako choreografa osadzonego w contemporary dance, to niestety ciągłe niezrozumienie znaczenia tańca współczesnego i brak akceptacji tej sztuki przez konserwatywne środowisko baletowe. Co dziwi tym bardziej, że wszyscy pracujemy tu w Gdańsku, gdzie tworzyła Janina Jarzynówka - Sobczak, o której znakomita historyk tańca Janina Pudełek pisała tak: "Na monotonnym, klasyczno-charakterystyczno-radzieckim tle repertuaru innych scen tego okresu Jarzynówna, uczennica pedagogów z kręgu niemieckiego tańca ekspresjonistycznego, absolwentka studiów aktorskich, tworzyła dzieła nowe, bardzo indywidualne w swoim kształcie formalnym, a bliskie w swej treści emocjonalnej i fabularnej ówczesnym ludzkim problemom".
Po trwającej półtorej godziny rozważaniach nad powinnościami i rewolucjami w Operze, usłyszeliśmy wreszcie, od zwolenników baletu, że taniec współczesny "może sobie być" tylko nie w Operze, niech sobie będzie "gdzieś indziej".
Ha! Dobre stwierdzenie tylko gdzie? Można by refleksyjnie zapytać.
IV Gdzie i jak, czyli jak przetrwać i nie obniżyć lotów będąc "artystą wielkanocnym".
Przedstawiciele niezależnego środowiska tanecznego musieli wspiąć się na wyżyny intelektu i przebiegłości, by podjąć skuteczną próbę zwrócenia biegu debaty na to, co dla nas najważniejsze, czyli na próbę znalezienia rozwiązań formalno - finansowych, by taniec współczesny w Trójmieście odzyskał dawny blask. O ile w przypadku nowego profilu sceny w OB, jej wartość artystyczna i rozpoznawalny styl zespołu dopiero się formują i nadal stanową w pewnym sensie zagadkę, to w przypadku niezależnych twórców związanych ze sceną teatru tańca w Trójmieście, sprawa jest prosta. Lista osiągnięć jest tak długa, że właściwie nie wiadomo, od czego by tu zacząć. We właśnie świeżo wznowionym kwartalniku TANIEC, możemy zobaczyć wypis wybranych premier tańca w sezonie 2006/2007. Znalazły się tam premiery aż czterech zespołów z Trójmiasta, co z resztą jak wiadomo, stanowi tylko część pomorskiego potencjału. Teatr Dada von Bzdulow, Teatr Okazjonalny / Occasion Dance Theatre, Kino Variatino, Good Girl Killer, Amareya, Teatr Patrz Mi Na Usta / Read My Lips Theatre, Cynada i pozostałe zespoły nie bez kozery mają dwujęzyczne lub obco brzmiące nazwy. To ogromny i wykorzystywany potencjał reprezentacyjny naszego województwa i miast, a także setki wspaniałych recenzji, nagród i wyróżnień. Z osiągnięciami tymi z resztą nikt z zebranych (oprócz zwolenników "Bożego Narodzenia") nie dyskutował.
Mamy też w Trójmieście dwie instytucje wspierające na co dzień, w ramach swych możliwości taniec i rodzimych choreografów, czyli gdański Klub Żak i Sopocką Scenę Off de BICZ. Jest też kilka innych, które również starają się wesprzeć ten rodzaj działalności. Istnieje Nadbałtyckie Centrum Kultury, które od niedawna zainicjowało stronę internetową, zbierającą informacje o wszystkich Trójmiejskich artystach tej dziedziny i ich osiągnięciach.
Trzeba tu także wspomnieć o pomorskich mediach, które od dawna zauważają i doceniają fenomen trójmiejskich teatrów tańca.
A zatem, czy jest dobrze? Czy mogłoby być jednak dużo lepiej?
I jak można pomóc?
Jak zauważono w trakcie dyskusji, artyści z całym ich talentem i tytaniczną pracą w wymiarze godzinowym na co najmniej kilka etatów, bo zmuszeni do samodzielnego funkcjonowania, oznaczającego samodzielne wykonywanie obowiązków menadżera, producenta, organizatora, kierownika literackiego, specjalisty PR i wreszcie choreografa i tancerza, osiągnęli wiele, ale też doszli do momentu, gdy niezbędna jest pomoc z zewnątrz. Pomoc w postaci profesjonalnego zaplecza i dofinansowania tych działań, w perspektywie rozwoju - programu 3 letniego, po to, by taniec w Trójmieście zaczął funkcjonować nie tylko artystycznie, ale i organizacyjnie na europejskim poziomie.
Podstawowy problem naszego środowiska, to brak pieniędzy i placówki, której głównym i jedynym zadaniem byłoby wspieranie rozwoju naszej sztuki i jej promowanie czyli profesjonalnego Instytutu Tańca. To z resztą problem ogólnopolski. Jesteśmy jednym z ostatnich krajów w Europie, w którym nie ma instytucji na kształt Narodowego Centrum Tańca i ani jednego profesjonalnego Centrum Tańca. Nie ma też systemu wpierającego działalność choreografów.
Trójmiasto, czy Gdańsk, jako miejsce, w którym istnieje silna tradycja (od wspomnianej już Jarzynówny - Sobczak, przez Teatr Ekspresji, Gdański Teatr Tańca i festiwale takie jak Bałtycki Uniwersytet Tańca, Dance Explosions i Festiwal Improwizacji Tańca, czy Dni Pięknego Towarzystwa po działalność wszystkich wyżej wymienionych teatrów, a także choreografów i tancerzy niezależnych) mogłoby podjąć się takiego wyzwania. Wystarczy tylko, lub też "aż" jasna wizja takiego centrum i odwaga, by podjąć to wyzwanie. No i finanse. Podobno w tym roku na kulturę w naszym województwie przeznaczono 84 mln zł
W czasie debaty padło kilka propozycji jak rozdzielać istniejący budżet oraz jak szukać innych źródeł finansowania, by przetrwać i rozwijać się: od prób pozyskiwania dodatkowych finansów z projektów składanych do MKiDN, z projektów i funduszów europejskich, poprzez metodę a la Robin Hood, aż do zdobywania sponsorów i mecenasów. Jak wiemy, żadna z powyższych metod nie gwarantuje finalnego sukcesu, natomiast największe wzburzenie wywołała metoda rycerza z lasu Sherwood, co dziwi mnie trochę, bo choć może się ona kojarzyć bajkowo, to z bajką nie ma nic wspólnego. Za normę w Europie uważa się monitorowanie działalności wszelkich instytucji, w tym instytucji kultury i mówiąc brzydko "rozliczanie" ich z osiągnięć, a co za tym idzie odpowiednio wyższa lub niższa gratyfikacja finansowa w następnym sezonie. Co do szukania sponsora, jak zauważył Marek Weiss - Grzesiński, do póki polskie prawo nie wesprze firm sponsorujących odpowiednimi ulgami wynikającymi z przepisów, marzenie o znalezieniu mecenasa na działalność stricte artystyczną, pozostanie marzeniem, zwłaszcza dla tak elitarnej sztuki jaką jest taniec współczesny.
Najbardziej stabilnym źródłem finansowania działań artystycznych jest zatem stała dotacja z urzędu. By taką zdobyć, należałoby powołać właśnie nową instytucję. Gdy ma się nawet nie milionową, ale stałą bazę w postaci takiej dotacji, można myśleć spokojnie o przyszłości, zatrudnić zawodowych menadżerów, którzy by zdobywali dodatkowe granty na realizacje projektów.
Obie zainteresowane strony dialogu - zarówno artyści, jak i (co najważniejsze) dyrektorzy Departamentów Kultury Urzędu Miasta Gdańska i Urzędu Marszałkowskiego zgodzili się z tym, że istnieje silna potrzeba zmiany w finansowaniu tańca, że dla wspólnego dobra i rozwoju potrzebujemy nowych sposobów funkcjonowania.
Nie znaleziono jednak w czasie debaty wspólnego, zadowalającego wszystkich rozwiązania.
W jaki zatem sposób Województwo Pomorskie mogłoby stać się właścicielem pierwszego Centrum Tańca w Polsce?
Artyści z mocnym poparciem Lidii Makowskiej (menadżer kultury) optowali za stricte profesjonalnym rozwiązaniem, czyli za powołaniem nowej instytucji kultury.
Anna Czekanowicz zaś z uwagi na ograniczenia finansowe pomorskiego i gdańskiego budżetu proponowała pośrednie rozwiązania - ubieganie się o finansowanie tanecznych działań na zasadzie projektowej poprzez pracę Stowarzyszenia.
Jak wiemy, z Ustawy o Prawach Stowarzyszenia, "stowarzyszenie jest dobrowolnym, trwałym i samorządnym zrzeszeniem o celach niezarobkowych, które samodzielnie określa swoje cele, programy działania i struktury organizacyjne oraz uchwala akty wewnętrzne dotyczące jego działalności, opierając ją na pracy społecznej członków". A wśród intencji ustawodawcy do powołania Prawa o Stowarzyszeniach, było m.in. "umożliwienie obywatelom równego, bez względu na przekonania, prawa do czynnego uczestniczenia w życiu publicznym oraz realizacji indywidualnych zainteresowań".
I tu właśnie prawdopodobnie zasadza się radykalna różnica w pomyśle na realizację tak potrzebnych i popieranych przez obie strony dialogu zmian.
Urzędnicy chcą nam pomóc w "realizacji naszych indywidualnych zainteresowań", artyści, zmęczeni wieloletnią walką "o własne zainteresowania" i ze światowymi sukcesami na koncie, potrzebują profesjonalnego wsparcia, na które władze nie są gotowe.
Co robić wobec tak różnych dwóch konceptów na przyszłość?
Osobiście mam nadzieję, że władze nie są jeszcze gotowe na proponowane przez nas rozwiązanie, a owo rozwiązanie zmaterializuje się w przyszłości nawet, jeśli miałoby nastąpić dzięki długoterminowej współpracy i otwartości obu stron, czyli tak zwanej metodzie małych kroków.
W czasie wtorkowej debaty nie padło żadne rozwiązanie. Rozstaliśmy się jednak w nastrojach pozytywnych. Stało się bowiem, tego dnia coś bardzo ważnego - spotkały się ze sobą i rozmawiały do bólu szczerze trzy światy - artyści, przedstawiciele instytucji kultury - scen repertuarowych (Opera Bałtycka, Teatr Muzyczny) oraz urzędnicy. Stawienie się przedstawicieli z wszystkich tych trzech światów wróży dobrze na przyszłość. I tego się trzymajmy!
04.05.2008
Joanna Czajkowska, Teatr Okazjonalny / Occasion Dance Theatre
Materiał nadesłany, 05-05-2008
www.e-teatr.pl
Trzy premiery. Gotowa, rozwojowa i u Leona
"Tak" Joanny Czajkowskiej, "Bio-obiekt. Intro" Jacka Krawczyka Teatru Okazjonalnego na Scenie Off de Bicz w Sopocie oraz "Belladonna" Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza Teatru Patrz Mi na Usta. Pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.
«Dwie premiery grudniowe w Teatrze Okazjonalnym. Jedna gotowa, druga - jak usłyszałem - rozwojowa. Gotowa to "Tak" Czajkowskiej, doskonale zagrane studium poniżenia starej kobiety. Chyba najlepsza jak dotychczas jej dramatyczna rola.
Joanna Czajkowska powołuje się na inspiracje japońskie (Yoko Ono) i rzeczywiście coś japońskiego w stroju i muzyce (bardzo ważne imitacje: Rafał Kowal) jest.
Trzy kolejne obrazy to trzy wymuszenia na kobiecie, starej czy niestarej (tu raczej starej, bo "próchno się z niej sypie"), odegrania niechcianej roli. Raz - dosłownego zamiatania włosami podłogi, drugi - rewiowej tancerki. To wszystko przychodzi z zewnątrz, w postaci zrozumiałych, dla niej, a niekoniecznie dla widzów, poleceń. Spełnia je mimo wyraźnego wewnętrznego buntu. A za końcowy palec na ustach i "csiii" nie należy o tym mówić feministki powinny panią Joannę nosić na rękach.
Jacek Krawczyk natomiast przyznaje się do zachwytu sztuką Tadeusza Kantora i swój "Bio-obiekt" umieszcza w korowodzie kantoroidów. Jego rzecz tak jest odległa od sztuki Kantora, że tworzy zupełnie odrębną jakość.
Powstaje tylko pytanie: jaką jakość na dziś, skoro obraz ma być rozbudowany, m.in. o postaci Infantki schodzącej z obrazu Velasqueza i Panny Młodej (z "Wesela"?). Taki obraz musi chyba radykalnie zmienić wymowę: obecne wzajemne oddziaływanie człowieka i pałuby zdaje się pójdzie w kąt. No, ale to w końcu nie nasze zmartwienie.
Trzecia grudniowa - u Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza [na zdjęciu] w Teatrze Patrz Mi na Usta. Widziałem subtelniejsze spektakle tej trupy. Ten schodzi na najniższy poziom - instynktów. Mówię o najnowszym: "Belladonna".
Tańca nie ma tu prawie wcale. Artyści korzystają z prawa niedopowiedzenia. A nawet kłamania. Przedstawiona przez nich wizja może jednak być wbrew nim odczytana. Co tedy robią? Pokornie czekają. Jak odczytywana może być "Belladonna"?
Pewne nic tu nie jest, nawet sama Belladonna, która prawdopodobnie pojawia się w spektaklu jako Piękna Pani. Jak trzeba nadaje mu rytm, śpiewa, intonuje. Belladonna to też jednak trucizna (wilcza jagoda).
Jeśli ona ma być domniemaną rodzicielką Czarnej Pantery, przemierzającej raz po raz scenę, jeśli spektakl ma być przestrogą przed drzemiącym w każdym z nas ciemnym potworem, to trzeba stwierdzić, że właśnie pantera jest w spektaklu najsympatyczniejszą osobą w grze.
I jeśli ona wyprowadza całe to porykujące i pobekujące towarzystwo ze sceny, mówimy: słusznie. Nareszcie. Tak. Bo ona ma jakieś ludzkie pojęcie, a ta czereda nic tylko prymitywne, zwierzęce instynkty.
Powtórzę: widziałem subtelniejsze spektakle "u Leona"
Tadeusz Skutnik
Polska Dziennik Bałtycki nr 295
18-12-2007
Teatr Okazjonalny w Sopocie, D-KOD-R
choreografia: Zespół
Teoria kodowania lingwistycznego w tańcu
Nie tylko zilustrować, uatrakcyjnić czy estetycznie zachwycić! Taniec potrafi przemawiać. W swoim najnowszym spektaklu Teatr Okazjonalny potwierdza tę fascynację teatru tańca i z dużą swadą przemawia ze sceny w spektaklu "D-KOD-R". Comment vas-tu? Ich will verstehen dich. Tell me more about your feelings.
Jeśli wiele można powiedzieć za pomocą języka, to i tak nie wszystko da się zrozumieć, w każdym razie może być trudno. Właściwie, nawet wtedy, gdy mówimy tym samym językiem, w sprawach uczuć i tych najważniejszych dla nas wartości, często nie ma między nami porozumienia. Znacznie łatwiejszym środkiem porozumienia mogą być wówczas gest i mimika. Autorzy spektaklu "D-KOD-R" , postanowili uzasadnić w tańcu teorię o kodowaniu lingwistycznym Basila Bernsteina i za pomocą jednego z najbardziej uniwersalnych języków - ruchu - opowiedzieli fascynującą historię komunikacji międzyludzkiej. Teatr Okazjonalny od 2000 roku tworzą Jacek Krawczyk i Joanna Czajkowska, tym razem twórcy przyznali, że do stworzenia spektaklu zainspirowali ich Monika Grzelak i Przemysław Wereszczyński, mistrzowie salsy. Powstał kwartet tancerzy, którzy postanowili zatańczyć nie tylko dla estetycznego wymiaru sztuki, ale po to, by opowiedzieć o czymś ważnym. Kolejne odsłony spektaklu obrazują historię ewolucji ruchu ciała ludzkiego i uzmysławiają jego rolę w życiu człowieka, a zwłaszcza w rozwoju komunikacji międzyludzkiej. Pomlaskiwania i pomruki są tłem muzycznym pierwszej sceny o narodzinach ruchu - przed nami skurczone ciała tancerzy, ułożonych w embrionalnych pozycjach. Próby poruszających się torsów, ramion i rąk w kreacjach czwórki tancerzy musiałabym nazwać ekwilibrystyką mięśni, żeby oddać pracę artystów. Zdumiewają formy zmagań się ich ciała z tematem. Zespół tancerzy prezentuje wysoki poziom. Kolejne motywy choreografii nakładają się na siebie i powtarzają się we wspólnym tańcu, widz wprowadzany jest w trans. Z chwili na chwilę, razem z narastającym tempem i zmianą energii muzycznego tła, które przechodzi w coraz żarliwsze lub melodyjne dźwięki, taniec zaczyna fascynować i przemawiać. W indywidualne występy tancerzy wczytuję się jak w monologi aktorów w teatrze. Wynikają z nich historie o uczuciach, doświadczeniach, ale przede wszystkim opowieści te świadczą o sile głosu ludzkiego ciała, które przemawia ze sceny. Niektóre etapy czasem zwalniają tempo spektaklu, przez co ekspresja ruchu artystów staje się mniej zajmująca. Może nie wszystko, co mają nam do powiedzenia postaci, jest interesujące? Odbiór staje się trudniejszy zwłaszcza wtedy, gdy w tle, na ekranie pojawiają się symbole cyfrowej rzeczywistości współczesnej, a muzyka brzmi bardziej monotonnie. Ciekawiej robi się jednak, gdy w punktowym oświetleniu obserwujemy indywidualne zwierzenia tancerzy, przekazywane za pomocą charakterystycznych poruszeń. To momenty solowych kreacji aktorów. "D-KOD-R" jest spektaklem atrakcyjnym również pod względem muzycznym. Opracowania Marcina Zabrockiego, często zbitki różnych znajomych odgłosów, takich jak szum radia, brzmienie encefalogramu czy bełkotliwe gaworzenie kobiety są istotnym dla spektaklu zbiorem rekwizytów. Premiera Teatru Okazjonalnego jest kolejnym ważnym głosem w teatralnej wymianie myśli. Możliwości komunikacyjne choreograficznych przedsięwzięć są niepodważalne, ale sam problem, jak widać, ciągle pasjonuje artystów i jest niezgłębionym polem ich poszukiwań. Oryginalne kostiumy tancerzy zaprojektowali Jola Słoma i Mirosław Trymbulak
"D-KOD-R" - reż. Jacek Krawczyk - Teatr Okazjonalny
Agata Kirol, Gazeta Wyborcza, Trójmiasto 12 marca 2007
Tak dla panny młodej rozebranej przez dwóch kawalerów
Larysa Grabińska i Maria Miotk w "Pannie Młodej rozebranej przez swych kawalerów, jednak..."
Temat choreograficznego debiutu Larysy Grabińskiej i Marii Miotk wybrany został znakomicie. Historia dwóch wkraczających w dorosłość kobiet, odegrana przez dwie debiutujące na trójmiejskiej scenie tancerki, choćby przez bliskość tematu, przyniosła pełen wdzięku efekt.
Wystawienie "Panny Młodej rozebranej przez swych kawalerów, jednak..." mogło, jak to czasem bywa u debiutantów, zakończyć się porażką. W sytuacji braku scenicznego doświadczenia łatwo o brawurę i teatralne efekciarstwo. Tak się jednak nie stało, w czym ogromna zasługa dwóch, nad wyraz dojrzałych tancerek.
Pierwsza scena spektaklu, prezentująca kobiecość u progu dorosłości, prowadzona jest w wolnym, nieśpiesznym, tempie. Bohaterki bawią się aluminiowymi sreberkami. Od niechcenia zakładają je sobie na nos, rękę, głowę. Dużo w tych ruchach zdystansowanego uroku, tym większego, że samo dzieciństwo potraktowane zostało bardzo umownie. Ot, ledwo naszkicowanym gestem.
Kolejne sceny to już historia budzącej się kobiecości. Symbolizujące mężczyzn kartonowe manekiny na zmianę straszą i budzą zaciekawienie. Aż wreszcie, w gwałtownym tańcu dochodzi do walki lęku z pożądaniem. Walki, która, o dziwo, kończy się zwycięstwem niewinności. Grająca rodzącą się kobiecość Maria Miotk znika ze sceny, zaś jej partnerka, Larysa Grabińska, tańczy z wyimaginowanym partnerem swoje, inspirowane walcem, solo.
Spektakl zamyka zabawna scena z czekoladą. Pojawienie się w pustej przestrzeni lekko rozpuszczonego smakołyku, wywołuje spore zamieszanie. Z ciemności wychylają się kolejno wpatrzone w czekoladowy mus głowy. I tu miłe zaskoczenie. Wydawać by się mogło, że wróciliśmy do punktu wyjścia, a więc do dzieciństwa. Tak się jednak nie dzieje. Czekolada zmienia bowiem swoją funkcję. Zamiast dwóch oblizujących palce dziewczynek, widzimy dwie kobiety wcierające czekoladę w ciało, niczym w trakcie nowoczesnego zabiegu pielęgnacyjnego. Coś się jednak zmieniło, do dzieciństwa powrotu nie ma.
Piątkowy wieczór w sopockiej Scenie Off de Bicz zakończyło świetne solo Joanny Czajkowskiej - "Tak". Wykonany po raz pierwszy od grudniowej premiery spektakl chyba przekornie opatrzony został afirmującą życie partykułą. Występ Czajkowskiej to raczej przejmująca próba pokazania narodzin człowieka w kulturze. Próba bolesna, zakończona kabaretowym show, które śmieszy, ale tylko przez chwilę.
Justyna Świerczyńska , trójmiasto.pl
Rozsiewający talenty
Na tym zasłużonym jubileuszu spotkali się niemal wszyscy artyści związani z Dadą. Również ci rozsiani po Europie, bo Dada, podobnie jak większość dojrzałych przedsięwzięć artystycznych, "produkuje i eksportuje" artystów, niespecjalnie martwiąc się ubytkami, bo co chwila pojawiają się nowi i szybko profesjonalizują - o 15-leciu gdańskiego Teatru Dada von Bzdülöw pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.
«Grudzień nie sypnął jeszcze śniegiem, za to w w tańcu sypnął w Trojmieście premierami. Do premierowych smaków dorzucił nadto jubileusz i na tym jeszcze wcale nie zamierza poprzestać.
Najpierw błysnęli premierową "kosmiczną" etiudą "Visitores" Julia Mach i Filip Szatarski (pisaliśmy o nich w sobotę). Przebił ich zaraz na tej samej scenie (sopockiej Off de Bicz) dwiema premierami Teatr Okazjonalny. Joanna Czajkowska pokazała monolog taneczny "Tak", a Jacek Krawczyk taneczny dialog z materią "Bio-obiekt". W kolejce ustawił się już Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, który szykuje premierę pt. "Belladonna" i lada moment ją pokaże w sopockim Sfinksie 12 grudnia. No i wreszcie słynny jubileusz 15-lecia słynnego teatru Dada von Bzdülöw w Żaku.
***
Na tym zasłużonym jubileuszu spotkali się niemal wszyscy artyści związani z "Dadą". Również ci rozsiani po Europie, bo "Dada", podobnie jak większość dojrzałych przedsięwzięć artystycznych, "produkuje i eksportuje" artystów, niespecjalnie martwiąc się ubytkami, bo co chwila pojawiają się nowi i szybko profesjonalizują.
Stara się jednak, owszem, raz do roku ściągnąć ich na gdańskie sceny (przykładem jest organizowana w Żaku każdego roku impreza Korporacja Tańca), aby pokazali, czego tam w świecie się nauczyli, co nowego zrobili. Ściągają ich nawet podczas swego jubileuszu. Tym razem byli to tylko - nomen omen - "Visitores" ("Wizytatorzy") Mach i Szatarskiego z Austrii.
Inni wrócili w postaci archiwalnych filmów, które zresztą obok żywych spektakli ("Eden", "Bonsai", "Karnacja", "Kilka błyskotliwych spostrzeżeń a la Gombrowicz") stanowiły atrakcję minionego jubileuszu. Nie zebrał on wszystkich artystów ani nie przypomniał wszystkich spektakli (było ich 33) , ale przełomowe - owszem.
Np. film Julii Wernio "Halina Śmiela śpiewa piosenki Sławy Przybylskiej", ze znaczącym udziałem artystów Dada. Np. "Nie było, nie będzie, czyli nie ma", który utrwalił wizerunek Dady jako samodzielnego teatru tańca.
Np. niepokazywany w Polsce, wstrząsający spektakl wspólny teatru Dada i Vincent Dance Theatre z Sheffield, zatytułowany "Drop Dead Gorgeous" (dosł. "Wspaniale śmiertelne krople", ale może być i "Zabójczo piękne"), po którym Aurora Lubos i Patrycja Kujawska zostały tam na stałe i tylko tam je można zobaczyć w grze.
Innych artystów teatru Dada von Bzdülöw obejrzeli widzowie z 21 krajów świata, od USA po Indie.
***
Taneczny trzon teatru to w zasadzie duet Katarzyna Chmielewska - Leszek Bzdyl. Pozostali artyści są dobierani do spektakli wedle potrzeb i możliwości. A przewinęło się ich w minionym piętnastoleciu ponad trzydzieścioro. Oprócz wspomnianego trzonu warto przypomnieć, że do "pierwszej kadrowej" należeli m.in. Patrycja Kujawska, Rafał Dziemidok, Radosław Hewelt, a do ostatnich nabytków należy Urszula Wróbel-Zerek.
Tak więc był to jubileusz zdecydowanie artystyczny i kulturalny. Bez wypinania się po medale i bez sentymentalnego lania łez przy kielichu, a potem budzenia się "z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany", jak śpiewał był Wiesław Gołas. Było więcej myślenia o przyszłości, bo "dadaiści" nadal uparcie chcą szlifować nowe talenty i wysyłać je w świat.
"Teatr Dada von Bzdulow świętował 15 lat. Rozsiewający talenty"
Tadeusz Skutnik
Polska Dziennik Bałtycki nr 289/11.12., 12-12-2007
Dzień Teatru na Metropolia jest Okey, 31 Grudnia 2007
Gdyby ocenić festiwal Metrolopia jest Okey tylko pod względem artystycznym, wypadłby zaledwie dobrze. O tym, że zakończoną wczoraj imprezę warto wpisać w coroczny kalendarz trójmiejskich imprez kulturalnych, przesądziło coś innego.
Niezwykle energetyczna mieszanka muzyki, wyśmienitej atmosfery, beztroskiej zabawy oraz wzajemnej życzliwości dała znakomity efekt. Przez kilka dni w Trójmieście sztuka i przyjemność podały sobie ręce i w niezobowiązującej formie przeniosły mieszkańców w przestrzeń kultury niezależnej.
To, że wśród zaproszonych artystów znaleźli się również trójmiejscy tancerze, nikogo chyba nie dziwi. Taniec współczesny od dawna funkcjonuje poza kulturalnym mainstreamem. Nawet najbardziej zaangażowany odbiorca zapytany o temat oglądanego właśnie spektaklu, zazwyczaj wzrusza ramionami. I nic dziwnego. Teatr tańca nie doczekał się dotychczas znaczących przykładów swojego odczytania. Sam będąc zjawiskiem na wskroś nowoczesnym, interdyscyplinarnym, funkcjonujący na przekór językowemu doświadczeniu świata, siłą rzeczy skazany jest na "off". Determinacja, z jaką tancerze próbują zmienić tę sytuację, godna jest podziwu. Przewrotnie jednak, być może to ona właśnie sprawia, że każdy kontakt z teatrem tańca jest doświadczeniem fascynującym, nieobciążonym niczym więcej niż sztuką.
Większość z sześciu przedstawień, które w sobotni wieczór zaprezentowały trójmiejskie grupy w sopockim klubie Sfinks, zasługuje na szczególną uwagę. Interesującą dyskusję na temat kobiecości zaproponowały Katarzyna Chmielewska i Anna Steller. W spektaklach przygotowanych pod szyldem teatru Dada von Bzdülöw zinterpretowały ją przede wszystkim jako miejsce wolności. W so beautiful symbolizowanej przez zdjęcie czarnych, niewygodnych "szpilek", w Juicy Flesh poprzez poruszającą demostrację obnażonego, nagiego, innego od pokazywanego w gazetach ciała, prowokacyjnie zapakowanego w skąpe, koronkowo-satynowe koszulki.
Niezwykłą interpretację wierszy Herberta zaproponowali artyści Teatru Okazjonalnego, Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk. W skróconej wersji spektaklu Alchemik Halucynacji najbardziej ciekawy okazał się sposób, w jaki tancerze przełożyli na język gestu i ruchu to, co wydawałoby się nieprzekładalne - intelektualne rozważania na temat dwoistości ludzkiej natury, istoty bycia artystą w świecie popkultury, naszych prób dążenia do doskonałości i nie mniej dotkliwych porażek w jej osiąganiu.
Punktem kulminacyjnym wieczoru okazał się solowy występ Leona Dziemaszkiewicza, założyciela Teatru Patrz Mi Na Usta. Improwizowane, niezwykle osobiste, by nie rzec sublimacyjne, show konsekwentnie wpisało się w inne projekty tego artysty. Temat oparty został na próbie opisania kondycji ludzkiej w rozdarciu pomiędzy tym, co szkaradne a idealne, aż do granic kiczu, który ostatecznie okazuje się równie odpychający.
Już wkrótce miłośnicy teatru tańca będą mieli kolejną okazję na spotkanie z trójmiejskimi artystami. 12 i 13 stycznia w ramach 3miejskiego Punktu Tanecznego Sceny Teatralnej Klubu Żak zobaczymy dwa spektakle: Punkt zwrotny Bożeny Eltermann i Katarzyny Chmielewskiej oraz W pół do godziny Iwony Gilarskiej.
Autor: Justyna Świerczyńska
www.trojmiasto.pl/ kultura
Recenzje z przedstawień Teatru Okazjonalnego:
„Jacek Krawczyk [...] jest na scenie bardzo dynamiczny. Ta dynamika połączona z elementami wschodnich sztuk walki oraz miękką tanecznością Czajkowskiej, tworzy tak charakterystyczny, zawsze rozpoznawalny styl Teatrzyku Okazjonalnego ...”
Gazeta Morska 12.12. 2000
„Para Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk zafundowała publiczności niezwykle liryczny, a jednocześnie ekspresyjny spektakl ...”
Życie 06.12.2000
„Z problemem dramaturgii dobrze poradził sobie Teatrzyk Okazjonalny z Sopotu, który prezentował na Polemikach choreografię „Art Cafe” – historię rozgrywającą się w kawiarni z ubiegłego wieku, przy starym patefonie i rzeźbionym stoliczku. Tu rozgrywał się dramat kelnerki i jej klienta – dramat, bo mieliśmy przyjemność widzieć zarówno miłość i gniew, jak i taniec i walkę.[...] Spektakl może się podobać – jest wyważony, ciekawy plastycznie, dobrze zatańczony, a przede wszystkim potrafi utrzymać uwagę widza...”
serwis tańca, 11.06.2002
„Pół żartem, pół serio opowiedziały rzecz o lubieniu się i czubieniu, o rozstaniach, w tym ostatecznych, Joanna Czajkowska i Anna Haracz przy akompaniamencie perkusyjnym Sławomira Porębskiego. „Lata nie będzie” trzeba zachować w pamięci”
Dziennik Bałtycki 24.06.2002
„Tego wieczoru zaprezentował się jeszcze jeden duet – Joanna Czajkowska i Anna Haracz z przedstawieniem „Lata nie będzie”. Tancerki na przemian lgną do siebie i oddalają się od siebie. Są niezwykle zwinne. Porozumiewają się przy tym sobie tylko znanym językiem. Ich rozstania okupione są bólem, tęsknotą, bezsilnością, a nawet agresją. Obie tancerki z powodzeniem oddają te stany, są wyraziste. Gdy jedna kryje się za parawanem, druga oswaja się ze stratą. Spektakl aż kipi od emocji ...”
Głos Wybrzeża 27.06.2002
„Jacek Krawczyk w spektaklu „Matylda” balansował na granicy żartu i powagi. „Matylda” to rzecz o poszukiwaniu miłości. Artysta zaprezentował warsztat na wysokim poziomie”
Głos Wybrzeża 27.06.2002
„Są takie spektakle, które pozostawiają po sobie lekki niedosyt. Bo czegoś brakowało, bo jeszcze można było coś dodać. Są też takie, po których człowiek czuje się przejedzony[...]. Ale spektaklu pt. „Art Cafe” nie zaliczyłabym do żadnej z tych kategorii. Był to dla mnie spektakl, który pozostawił mnie sytą i usatysfakcjonowaną. Zanim zaczęłam się zastanawiać nad tym, kiedy zacznie mi się nudzić, artyści już się kłaniali. Rzadko zdarza się taka sytuacja, więc je suis contente. Tres contente. Dbałość o każdy szczegół, od stylowego adapteru począwszy, na kołnierzyku kelnerki skończywszy, staranność o każdy krok, muzyka, uczucia...- słowem wszystko, na co złożył się ten spektakl – z pewnością zasługuje na uznanie [...]”
Gazeta VIII Zgierskich Spotkań Małych Teatrów 29.09.2002
„[...] Podczas drugiej żakowskiej sesji Trójmiejskiej Korporacji Tańca duet Joanna Czajkowska – Jacek Krawczyk, czyli Teatrzyk Okazjonalny, zatańczyli „Aromaty”.
Znając ich poczucie humoru, można było spodziewać się kpiny z aktualnych szaleństw typu feng-shui, wahadełka, kadzidełka, aromaterapia. Jednakże nie; oni tańczą aromaty serio. Nawet z lekką tonacją metafizyczną. Staje się to jasne, gdy Ona zaczyna nad kagankowym wyposażeniem sceny usypywać piaskową ścieżkę w kształcie ósemki. W rzeczy samej jest to wstega Mobiusa, symbol nieskończoności. Tu kończą się żarty.
On to aromaty ciemne, korzenne. Ona – kwiatowe i owocowe, jasne. Ona i On to rodzaje albo też pierwiastki aromatyczne. Nie jest pewne, czy z ich połączenia powstanie aromat wyższego rzędu. Ale jest to możliwe”
Dziennik Baltycki, 23.10.2002
„Spektakl „W czerni i bieli” to historia walki – namiętności między parą kochanków . Historia stara jak świat, banalna, a zarazem bezpretensjonalna i wymowna, opowiedziana wyłącznie językiem tańca. Duet Iwony Strupiechowskiej i Jacka Krawczyka to dowód na to, że profesjonalny taniec nie potrzebuje rusztowania w postaci efekciarskich środków czy scenicznej paplaniny”.
Gazeta Morska 11.02.2003
„W czerni i bieli” bez specjalnego wysiłku tancerze wyczarowują kolejne fazy zauroczenia, miłości, rozdźwiękowienia związku, rozpaczy po rozpadzie. Krawczyk jest mistrzem, może zagrać wszystko. Toteż warto zwrócić uwagę na Iwonę Strupiechowską. Jest w tym spotkaniu znakomita. Demonstruje coś, dla czego mężczyźni tracą głowy. Jeszcze jedno: oni odważyli się na happy end!”
Dziennik Bałtycki 11.02.2003
„Spektakl taneczny w Klubie Zak. WOJNY OKAZJONALNE.
Gdzie jest poczatek wielkich konfliktów? W niecierpliwym geście, drobnym oszustwie, agresywnej wymianie zdań – zdają się mówić artyści Teatru Okazjonalnego. Signum Temporis – najnowszy spektakl Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka, pary trójmiejskich tancerzy i choreografów – dotyka tematu konfrontacji, małych i dużych wojen. Artyści Teatru Okazjonalnego zaprosili do współpracy przy nim dwie tancerki – Annę Jędrzejczak i Iwonę Strupiechowską. Premiera się odbyła w sobotę w Klubie Zak. W wykonaniu czwórki tancerzy zobaczyliśmy dynamiczne i przewrotne choreografie, pokazujące konflikty jako strategie wykorzystywane przez bliższych lub dalszych znajomych.
Przedstawiające, krok po kroku, jak od zniecierpliwienia przechodzimy do zniecierpliwienia i agresji. Bez militarnych akcesoriów, wojennej martyrologii twórcy spektaklu przekonywująco kreślą banalność i powszechność kłótni, nieporozumień, które stają się wstępem do wielkich konfliktów. – Nie chroni nas przed tym kultura i cywilizacja – przestrzegają autorzy spektaklu. Pokazując, jak łatwo przechodzi się od kontemplowania kobiecego ciała w rytmie popowych przebojów do zbrojnego starcia. Nie sposób się z nimi nie zgodzić, potwierdza to niemal każde wydanie serwisów informacyjnych, radiowych i telewizyjnych. Finałowej przejmującej scenie, gdzie tancerze stają się ofiarami na jednym ze współczesnych pól bitwy, towarzyszą narastające, początkowo trudne do zidentyfikowania dźwięki. Muzyka berlińskiej grupy Einsturzende Naubauten, wykorzystującej dźwięki cywilizacji industrialnej, min. Odgłosy silników samochodowych, maszyn, stukania młotków, potęguje wymowę ostatniej sceny przedstawienia. I jest jeszcze jednym znakiem naszego czasu – nawiązującym przewrotnie do tytułu spektaklu.”
Mirella Wąsiewicz, Gazeta Wyborcza Trójmiasto 02.02.2004
„Taniec. Teatr Okazjonalny w Zaku. ZNAKI WOJNY
Rzeczywistość wytańczona w spektaklu „Signum Temporis” okazuje się na szczęście prostrza, wyrazistrza i klarowniejsza niż przedpremierowe wynurzenia twórców obrazu na temat jego przesłania. Według nich tematem widowiska ma być wojna jako stan ducha („wojna jest w nas”).
Obrazy. „Signum Temporis” zaczyna się żartobliwie: od przedstawienia naszych „braci mniejszych”, takich jak gąsienica, żuraw, koziołek czy łoś. Nagle odnajdujemy się na strzelnicy sportowej. Troje strzelców mierzy tu do „łosia” i z rozbawieniem przyglada się jego „konaniu”. Po tej „introdukcji półżartem” dwie pary tancerzy przedstawiają trzy obrazy: Joanna Czajkowska i Iwona Strupiechowska coś na kształt treningu wschodnich sztuk walki, zaś Anna Jędrzejczak i Jacek Krawczyk – sztuk kochania i zabijania. Gra, taktyka, zaloty, umizgi, nawet pojedyncze morderstwo, w obrazie trzecim – zagranym przez całą czwórkę – przechodzą w jatki. Finał to wojna! Wszystkich ze wszstkimi. Tancerze tropieni przez reflektory – szperacze i przez niewidocznych strzelców. Ostra, wystrzałowa muzyka. Trafiani całymi seriami, tancerze podnoszą się i znów upadają. Każdy umiera wielokrotnie.
Gra. Teatr Okazjonalny wystapił tym razem w poszerzonym składzie. Joannę Czajkowską i Jacka Krawczyka znaliśmy wcześniej jako znakomitych tancerzy. Podobnie Iwona Strupiechowska zdołała zapisać się w pamięci widzów kilku wyrazistymi kreacjami. Największą niewiadomą w tym zestawieniu była debiutująca na gdańskiej scenie Anna Jędrzejczak. Zagrała na dorówującym im aktorsko i tanecznie poziomie. Wydaje mi się, że to – oprócz talentu i pracy osobistej – również zasługa i pomoc bardziej doświadczonych partnerów z zespołu, w tym zwłaszcza Jacka Krawczyka. Życzliwe przyjęcie debiutantki dobrze zrobiło całości.”
Tadeusz Skutnik, Dziennik Bałtycki 02.02.2004
"Spośród spektakli najciekawszą propozycją okazał się występ sopockiego
Teatru Okazjonalnego z toczącą się na ulicy, precyzyjnie zbudowaną akcją
"Carpet show". Dwóch tancerzy i trzy tancerki, mieszając się z tłumem
przechodniów, niosą dwa zrolowane dywany. Za chwilę rozwiną i poprzez ruch najpierw zaciekawią, by z minuty na minutę zbudować tkankę wzajemnie nachodzących na siebie seansów. Akcja sama wędruje po ulicy. Po odegraniu sceny, dywan jest przez artystów zwijany, by pięć metrów dalej zaprezentować na nim kolejny z odcinków opowieści. A opowieść to osobliwa: poważna dyskusja o świecie damsko-męskich ról. Idealnie zbudowane tancerki, krawieckim centymetrami mierzą swe talie i biodra, głośno komentując wyniki.
Absurd odchudzania ukazują poprzez przykładanie centymetra sobie i widzom do głowy, nosa, łopatki, łokcia. Wyniki powtarzają po wielokroć, by zapamiętać, wbić je sobie do głowy. Aby zmniejszyć wymiary muszą nieustannie ćwiczyć, toteż ordynują sobie fitness, zapraszając do sztuki zrzucania tłuszczu trzy chętne adeptki spośród widzów. I oto widzimy fitness club na ulicy: w rytm mechanicznej muzyki mechaniczne ruchy sześciu kobiet. Tancerki Teatru Okazjonalnego kpią w ten sposób ze statyczności ubranej w płaszcz sportu, z dziewcząt zrzucających kilogramy (centymetry). Kończą w udrapowanych na telewizyjny spot reklamowy pozach: trzy zmęczone tancerki, popijając wodę mineralną, chórem zachwalają jej zalety. Historię o stereotypowym postrzeganiu ról kobiet i mężczyzn dopowiada para tancerzy tańcząc ruchem twardym i mocnym."
Bartłomiej Miernik "Na Bulwarze" W: "Scena" nr4/5-2004
„Premierowe, solowe programy pokazały Joanna Czajkowska i Iwona Strupiechowska. Zbliżone tematycznie „Przedpołudnie Flory” i „wu:zi” pokazują odmienne sposoby walki z gorsetem konwenansów i przyzwyczajeń, zarówno w odbiorze tańca, jak i zachowań ludzkich. Te kilkunastominutowe prezentacje przekonują prostotą i dokładnością środków wyrazu”
„Trójmiejskie zagłębie taneczne”
W: „Scena” nr4/5-2004
„Joanna Czajkowska, tancerka Teatru Okazjonalnego z Sopotu, zaprezentowała solo pod tytułem „Przedpołudnie Flory”. W ciemnej scenerii tancerka porusza się wewnątrz gwiazdy wyrysowanej na podłodze przez światło. Tańczy klasycznie spętana muzyką „Popołudnia Fauna”. Mocnym rzutem wydostaje się jednak poza tę gwieździstą sferę, by wkroczyć w rytm muzyki elektronicznej, pozwalającej na dowolność ruchu. Muzyka Debussy’ego (dziś już klasyczna) powraca, gwiazda rozbłyskuje, a Tancerka musi wracać w jej krąg. Za którymś razem przecząco kręci głową, odmawia...”
Bartłomiej Miernik „Tańczą nad morzem” W: „Teatr” nr9/2004
„Twórczość Fridy Kahlo może się podobać lub nie, ale od jej wizjonerskich, barwnych prac niepodobna oderwać wzroku . Tancerze Teatru Okazjonalnego stworzyli na scenie widowisko dorównujące mu urodą i siłą oddziaływania. [...] Udało im się uniknąć pułapki choreograficznego ilustrowania wątków biograficznych i kopiowania jej obrazów. Emocje tkwiące w obrazach Fridy przełożyli na język gestów ciała. Na jej twórczość popatrzyli przez pryzmat własnych doświadczeń i wrażliwości. [...] Świetnym pomysłem okazało się powierzenie opracowanie plastycznego Mateuszowi Skutnikowi. W akwarelach odszedł od jej dosłowności i kolorystyki [...]. Na jego obrazach nie widzimy charakterystycznej twarzy artystki. Gości na nich ciemnowłosa dziewczyna, z lekko zaznaczonymi rysami. Każdy może w nich zobaczyć to, co uwiera i boli najbardziej w jego własnym gorsecie. A tancerze w pięciu przemyślanych i konsekwentnych choreografiach oddają zawarty w nich smutek, walkę z bólem i ciągły apetyt na życie.”
Mirella Wąsiewicz „Viva la Vida”,
Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 6.12.04
Na uwagę zasługuje też przedstawienie "Viva la vida" Teatru Okazjonalnego z Sopotu zaprezentowane w piątkowy wieczór. Tytuł spektaklu jest taki sam jak tytuł ostatniego obrazu meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. To próba znalezienia wiecznie żywych prawd i wartości, jakich człowiek poszukuje całe życie. Świetna scenografia stworzona we współpracy z gdańskim grafikiem Mateuszem Skutnikiem i choreografia w wykonaniu sopockiego zespołu sprawiają, że całość ogląda się z pewnym niepokojem. Cierpienie i smutek, skomplikowane relacje między ludźmi wytańczone przez Joannę Czajkowską, Iwonę Strupiechowską i Jacka Krawczyka na tle obrazów Fridy w końcowych fragmentach ustępują miejsca nadziei i radości życia. Jak nakazuje tytuł i jak przekonują artyści: "Niech żyje życie".»
"Mickiewicz i Kazik z Maleńczukiem"
Gazeta Wyborcza - Kraków nr 279
Aneta Zadroga 30-11-2005
"Viva la vida!"
dla serwisu tańca
spektakl recenzuje Sandra Wilk
Tworząc choreografię inspirowaną twórczością i życiem innego artysty niezwykle trudno jest nie zbudować fabularnej biografii, czy luźnego, abstrakcyjnego dla widza, szkicu. Dlatego często się zdarza, że odbiorca czuje się bezradny, bo odczytuje jedynie klimat spektaklu wiążący się przecież jedynie pośrednio ze źródłem inspiracji. W przypadku choreografii Teatru Okazjonalnego jest jednak inaczej. Z "Viva la vida!" przebijają nie tylko tragiczne elementy historii życia meksykańskiej malarki Fidy Kahlo, ale i jej pomysł na przetrwanie za wszelką cenę, uporu, odrobina szaleństwa czy seksualna zmysłowość. Dzięki temu spektakl niesie ze sobą jasne przesłanie - bez względu na sytuację trzeba żyć pełną piersią, bez oglądania się na innych.
Ilustracjami do ruchu są tu kolorowe grafiki autorstwa gdańskiego artysty Mateusza Skutnika, które powstały na bazie pięciu obrazów Kahlo, w tym ostatniego pt. "Viva la vida!". Fakt, że wśród wybranych prac nie znalazły się słynne autoportrety, stanowią niemal 1/3 twórczości Meksykanki, świadczy o tym, że tancerzy zainspirował bardziej jej artystyczny przekaz, a nie popularność samej postaci. Dzięki temu założeniu spektakl uwalnia się od konfrontacji z filmem Julie Taymor, a najważniejsze są w nim nastroje, baśniowe kolory i drobne, ale znaczące, elementy z płócien Kahlo.
I jeszcze jedno - chyba nie przypadkiem Teatr Okazjonalny zdecydował się nadać "Viva..." charakter plenerowy. Podczas Sztuki Ulicy na scenę wtargnął bezprawnie pies. Przez chwilę przyglądał się tańczącym i wolnym krokiem, niczym jeden z aktorów, zszedł do widowni. Za mną jeden z oglądających komentował choreografię przez telefon komórkowy: "Yhym, yhym... patrzę teraz na taniec...". Dodatkowo widzowie siedzieli na ziemi i spektakl oglądało się... zza krat (a konkretnie zza metalowych prętów bramek odgradzających plac gry). To wszystko, a może się to przecież zdarzyć podczas każdej prezentacji ulicznej, nadało "Viva la vida!" niezamierzonego, ale z pewnością pożądanego surrealizmu. Swoją drogą od tej klasyfikacji uciekała sama Frida Kahlo, która nie lubiła, gdy krytyka w ten sposób określała jej obrazy, i tego samego zaszufladkowania z pewnością chcieli by także uniknąć twórcy spektaklu: Jacek Krawczyk, Joanna Czajkowska i Iwona Stupiechowska. Jednak w obu przypadkach ów surrealizm istnieje, gdzieś podskórnie się go czuje i odbiera w sposób naturalny.
Taneczna opowieść rozpoczyna się spokojnie, wyznaczonymi na scenie torami idą ludzie. Każdy z nich ma własny cel i rytm. W tle gwar ulicy i wizerunek ogromnego, tętniącego milionem istnień, miasta. Ale oto jeden z wyznaczonych torów (linii życia?) zostaje brutalnie przecięty. W drogę jednemu tancerzowi wchodzi ktoś inny i po chwili już wszyscy się tłoczą przepychają, dotykają. Wydarzenia zaczynają nabierać tempa. Już nie jesteśmy na ulicy, lecz w huczącym tramwaju. Tancerze podnoszą jedną rękę, jakby trzymali się niewidzialnych drążków. I jak każdy z nas z uniesioną ręką i dłonią zaciśniętą w pięść wyglądają tak, jakby wznosili ją także do buntu. Może to bunt przeciwko zamknięciu, sprzecznemu naturze szybkiemu poruszaniu, polityce, a może przeciwko temu, co przypadkiem stać się może... Dla Kahlo taka właśnie niewinna podróż skończyła się tragicznie, kiedy mając lat 15 ledwo przeżyła okropny w swych skutkach wypadek. Wiele lat borykała się z jego skutkami i nigdy już nie mogła żyć tak jak dawniej.
Późniejsze etapy życia Fridy symbolizują w spektaklu Teatru Okazjonalnego sceny w białych gorsetach i te, z użyciem muszli klozetowych. Gorsety w niczym nie przypominają koszmarnego "rusztowania kręgosłupa" (gipsowego, a później metalowego), w jakim malarka uwięziona została na resztę swoich dni. Ale i tak symbol jest wyraźny. Patrząc na ściśniętych materią z fiszbinami tancerzy niemal czujemy jak trudno im się oddycha i porusza. A przecież muszą dalej tańczyć, okiełznać swoje ciała i zmusić je do posłuszeństwa.
Kolejna scena, może dla niektórych zbyt dosadna, to nic innego jak metafora soli życia. Życia sprowadzonego do czynności fizjologicznych, o których na co dzień nie myślimy, ale borykają się z nimi wszystkie ofiary wypadków. Jemy, trawimy, wydalamy. Z czasem nawet w tej wegetacji szukamy jakiś dróg poznania siebie, możliwości wyrażania myśli, ruchu, marzeń. To najważniejsza część spektaklu - skierowana na ważny proces przetwarzania fizycznego bólu w artystyczne piękno. Jego efekty widzimy w ostatniej scenie, w której na slajdach wyświetlane są ogromne czerwone arbuzy, a muzyka niesie nas ku światłu. Tu już nie ma cierpienia, bo koi go sztuka, zapomnienie, taniec i radość życia. Nic dodać nic ująć. Viva la vida! (Niech żyje życie!).
© Sandra Wilk, serwis tańca
„Na uwagę zasługuje też przedstawienie "Viva la vida" Teatru Okazjonalnego z Sopotu zaprezentowane w piątkowy wieczór. Tytuł spektaklu jest taki sam jak tytuł ostatniego obrazu meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. To próba znalezienia wiecznie żywych prawd i wartości, jakich człowiek poszukuje całe życie. Świetna scenografia stworzona we współpracy z gdańskim grafikiem Mateuszem Skutnikiem i choreografia w wykonaniu sopockiego zespołu sprawiają, że całość ogląda się z pewnym niepokojem. Cierpienie i smutek, skomplikowane relacje między ludźmi wytańczone przez Joannę Czajkowską, Iwonę Strupiechowską i Jacka Krawczyka na tle obrazów Fridy w końcowych fragmentach ustępują miejsca nadziei i radości życia. Jak nakazuje tytuł i jak przekonują artyści: "Niech żyje życie".
Aneta Zadroga "Mickiewicz i Kazik z Maleńczukiem"; Gazeta Wyborcza - Kraków nr 279;30.11.2005
Opisy Spektakli
Tytuł: „Art Cafe”
Choreografia: Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk
Tańczą: Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk
Kostiumy: Eliza Śliwa
Scenografia: Jacek Krawczyk, Piotr Czajkowski
Muzyka: Josephine Baker, Goldfrapp
Czas trwania: 20 minut
Zdjęcia: Iwona i Jarosław Cieślikowscy
W pewnej kawiarni w Paryżu, a może w Warszawie... nad ranem, a może bardzo późnym wieczorem, w opustoszałej sali kelnerka niosąc nad swoja głową jak tacę ebonitową płytę długogrającą, nastawia stary patefon... Budzą się w niej marzenia o wielkiej miłości, o swobodnym tańcu, na który nikt nie patrzy. I nagle wchodzi On. Wielbiciel kawy, a może wielbiciel kelnerki... Ona spłoszona, nieśmiała, w uniżonej pozycji usługującego, spogląda z boku na wyśnionego, pewnego siebie, dobrze ubranego gentlemana. On patrzy spokojnie, chociaż nie ulega wątpliwości, że serce ma gorące. Teatr Okazjonalny przenosi nas w „Art Cafe”, do zapomnianej epoki paryskiego szyku, wystylizowanych ruchów, bon tonu, do świata, w którym rytm wyznacza szum starej, zdartej płyty i piosenek Josephine Baker.
Któż dzisiaj bywa w prawdziwych kawiarniach, gdzie rodziły się miłości i namiętności...? Takie artystyczne kawiarnie mogą funkcjonować już chyba tylko w teatrze.
Ale ważne jest to, ze On i ona się spotkali, że wirują zgodnie wśród wyrzuconych w powietrze papierowych serwetek, ze życie trwa w nich. Bez sprzeciwu na niejednorodny status społeczny, chociaż nie bez problemów, bo przecież on doskonale wykorzystuje dzielące ich różnice. On jest władcą ich wspólnego czasu. On Ją woła, On Ją odtrąca, On Ją kocha. Czy związek o tak kruchych podstawach ma prawo przetrwać?
Czy możliwe jest sprawne i przyjemne połączenie namiętności do sztuki i do drugiej osoby? A może nic nie jest wstanie wyciszyć rozbujałego ego artysty?
Jedno jest pewne – akcja dzieje się w Cafe. Art Cafe – oczywiście. Spotykają się tam Ona – niby kelnerka i On – niby wielbiciel kawy. Mimo wyraźnie zaznaczonej muzyką epoki, nie dajcie się zwieść! Art Cafe jest ponad czasem.
„Z problemem dramaturgii dobrze poradził sobie Teatr Okazjonalny z Sopotu, który prezentował na Polemikach choreografię „Art Cafe” – historię rozgrywającą się w kawiarni z ubiegłego wieku, przy starym patefonie i rzeźbionym stoliczku. Tu rozgrywał się dramat kelnerki i jej klienta – dramat, bo mieliśmy przyjemność widzieć zarówno miłość i gniew, jak i taniec i walkę.[...] Spektakl może się podobać – jest wyważony, ciekawy plastycznie, dobrze zatańczony, a przede wszystkim potrafi utrzymać uwagę widza...”
serwis tańca, 11.06.2002
„Są takie spektakle, które pozostawiają po sobie lekki niedosyt. Bo czegoś brakowało, bo jeszcze można było coś dodać. Są też takie, po których człowiek czuje się przejedzony[...]. Ale spektaklu pt. „Art Cafe” nie zaliczyłabym do żadnej z tych kategorii. Był to dla mnie spektakl, który pozostawił mnie sytą i usatysfakcjonowaną. Zanim zaczęłam się zastanawiać nad tym, kiedy zacznie mi się nudzić, artyści już się kłaniali. Rzadko zdarza się taka sytuacja, więc je suis contente. Tres contente. Dbałość o każdy szczegół, od stylowego adapteru począwszy, na kołnierzyku kelnerki skończywszy, staranność o każdy krok, muzyka, uczucia...- słowem wszystko, na co złożył się ten spektakl – z pewnością zasługuje na uznanie [...]”
Gazeta VIII Zgierskich Spotkań Małych Teatrów 29.09.2002
Warunki techniczne:
próba 2 godziny
wyciemniona przestrzeń z możliwością zrobienia black out’u;
scena minimum 45 m2 z gładką podłogą (najlepiej baletową);
oświetlenie: minimum 10 reflektorów
w tym jeden z czerwonym filtrem, jeden z niebieskim,
czas demontażu: 10 minut
sprzęt nagłaśniający z odtwarzaczem CD
Tytuł: „Aromaty”
Choreografia i wykonanie: Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk
Kostiumy: Eliza Śliwa
Muzyka: Maciej Łyszkiewicz
Czas trwania: ok. 26 minut
Zdjęcia: Iwona i Jarosław Cieślikowscy
„W atmosferze przesyconej zapachem ambry, nardu, kadzidła kobiety o mlecznej cerze i oczach wydłużonych za pomocą tuszu roślinnego, o policzkach barwy tulipanów lub kwiatów granatu napełniały rozkoszą męskie serca”
„Kobiety energiczne, indywidualistki, śmiałe w obcowaniu powinny używać znanej wody „Chypre” (zapach o charakterze cytrynowym , połączony z bukietem kwiatowym) oraz „Być może” o pięknym zapachu kompozycji gardenii, jaśminu i róży. Natomiast jeśli chodzi o perfumy, radzimy „Sawę” i „Panią Walewską”. Kobiety młode, o usposobieniu marzycielskim, wesołe powinny pachnieć wodą „Marzenie” lub czystym zapachem „Przemysławki” czy fantazyjną kompozycją zapachu „Dla ciebie”.
Zadbany elegancki mężczyzna stosuje wody kolońskie takie jak „Mister” jako środek higieniczny i powinien pachnieć przede wszystkim czystością”.
„Aromaty” to spektakl polisensoryczny, przeznaczonym do: oglądania, słuchania i wąchania. Inspiracją do jego powstania był oczywiście świat zapachów. Zarówno tych naturalnych, jak i tych spreparowanych przez człowieka by umilić jego życie.
Premiera odbyła się 19 października 2002 roku w Klubie Żak w czasie wieczoru Trójmiejskiej Korporacji Tańca. „Aromaty” były także prezentowane m.in. w Pradze w ramach konkursu dla młodych choreografów w Duncan Centre Theatre, w ramach Republiki Tańca w Teatrze Małym w Warszawie, na festiwalu Era Nowe Horyzonty w Cieszynie i w ramach cyklu „Teatr, Muzyka, Taniec” w CK Zamek w Poznaniu.
Recenzje:
„Trójmiejscy tancerze [...] próbują tańczyć niemożliwe. Na przykład zapachy. Podczas drugiej żakowskiej sesji Trójmiejskiej Korporacji Tańca duet Joanna Czajkowska – Jacek Krawczyk, czyli Teatr Okazjonalny, zatańczyli właśnie „Aromaty”.
Znając ich poczucie humoru, można było spodziewać się kpiny z aktualnych szaleństw typu feng-shui, wahadełka, kadzidełka, aromaterapia. Jednakze nie; oni tańczą aromaty serio. Nawet z lekką tonacją metafizyczną. Staje się to jasne, gdy Ona zaczyna nad kagankowym wyposażeniem sceny usypywać piaskową ścieżkę w kształcie ósemki. W rzeczy samej jest to wstęga Mobiusa, symbol nieskończoności. Tu kończą się żarty.
On to aromaty ciemne, korzenne. Ona – kwiatowe i owocowe, jasne. Ona i on to rodzaje albo też pierwiastki aromatyczne. Nie jest pewne, czy z ich połączenia powstanie aromat wyższego rzędu. Ale jest możliwe. [...]”
Tadeusz Skutnik „Aromaty Tańca” W: Dziennik Bałtycki, 23.10.2002
„...Współtwórcy choreografii pokierowali nią w stronę swobodnego, niemal mistycznego, ruchu, uzupełnionego przez unoszący się w przestrzeni gry zapach. Teatr Okazjonalny wykorzystał, więc u widza zmysł, którego zazwyczaj nie spodziewamy się użyć, gdy przekraczamy próg sali teatralnej. Wyprawa w krainę węchu jest niezwykle bogata – na scenie stoją eleganckie flakony, palą się kadzidła, rozsypany proszek zapachowy miesza się w powietrzu z rozpylanymi perfumami. W swej warstwie dramaturgicznej „Aromaty” nawiązują do wschodnich medytacji – tancerze uwięzieni w matematycznym znaku nieskończoności próbują się wyrwać ze swoich samotnych światów, odnaleźć, ale niekoniecznie po to, by ich świat był wspólny. On uwięziony w błękitnym świetle, ona w czerwonym, przypominają swoim zachowaniem wschodnią historię o błękitnych i czerwonych tygrysach, które szukają się przez całe życie, a jeśli uda im się spotkać – giną. Spektakl ma jednak europejski charakter – stawia pytania, czy potrafimy jeszcze wykorzystywać węch, czy pamiętamy jak pachnie ludzkie ciało, ale solowa scena Joanny Czajkowskiej, do dźwięków błyskawicznie uwalnianych migawek aparatów fotograficznych, przypomina nam, że nadal jesteśmy w krwiożerczym świecie pieniędzy, mediów – ciągle obserwowani, poganiani, oglądani. Czy w tym świecie zapach jest jeszcze potrzebny?”
Sandra Wilk W: „Serwis tańca”
„W czerni i bieli”
Choreografia i scenariusz filmowy: Iwona Gilarska
Tańczą: Iwona Gilarska, Jacek Krawczyk
Montaż filmowy: Robert Kielak, Andrzej Mańkowski
Zdjęcia do filmu: Krzysztof Miłosz
Muzyka: collage (zrealizowany przez Andrzeja Pawłowskiego)
Kostiumy: Eliza Śliwa
Światła: Bartosz Cybowski
Czas trwania: 30 minut
Iwona Gilarska o spektaklu: „Pomysł narodził się z naturalnej potrzeby opowiedzenia o MIŁOŚCI. Zawsze uważałam, że miłość jest najważniejsza. Nieodparta chęć bycia szczęśliwym jest jej przejawem. Tyle jest wymiarów miłości ile jest jej w nas, ile możliwości do kochania. Łatwo jest sterować uczuciami, tworzyć wrażenie, że dotykamy istotnej prawdy, bo aranżujemy, ustalamy, tworzymy techniczno – scenogaficzne konstrukcje... przyzwyczailiśmy się do nadużywania romantycznych klisz, do kiczu, do gry w pozorowaną szczerość. Mimo ujawnienia sztuczności aktu teatralnego, czy też filmowego przekazu, pozostała pewna warstwa prawdy. Ta prawda jest nieuchwytna, paradoksalna. Nie da jej się uchwycić na gorącym uczynku, ani wykreować na zamówienie. Z prawdą teatru jest więc trochę jak z miłością. Kiedy o niej mówimy, kiedy chcemy ją publicznie pokazać, ona się wymyka. Ale gdy spojrzymy na nią z dystansu , okazuje się, ze istnieje”.
Bohaterką jest kobieta, która szuka spełnienia w miłości,…czy je znajduje?
Recenzje:
„Spektakl „W czerni i bieli” to historia walki – namiętności między parą kochanków. Historia stara jak świat, banalna, a zarazem bezpretensjonalna i wymowna, opowiedziana wyłącznie językiem tańca. Duet Iwony Gilarskiej i Jacka Krawczyka to dowód na to, że profesjonalny taniec nie potrzebuje rusztowania w postaci efekciarskich środków czy scenicznej paplaniny”.
Gazeta Morska 11.02.2003
„W czerni i bieli” bez specjalnego wysiłku tancerze wyczarowują kolejne fazy zauroczenia, miłości, rozdźwiękowienia związku, rozpaczy po rozpadzie. Krawczyk jest mistrzem, może zagrać wszystko. Toteż warto zwrócić uwagę na Iwonę Gilarską. Jest w tym spotkaniu znakomita. Demonstruje coś, dla czego mężczyźni tracą głowy. Jeszcze jedno: oni odważyli się na happy end!”
Dziennik Bałtycki 11.02.2003
Spektakl zrealizowany został dzięki stypendium Urzędu Miasta Gdańska w 2003 roku.
Otrzymał dwie nagrody: za najlepszą dramaturgię i nagrodę publiczności na festiwalu Polemiqi 2005.
Tytuł spektaklu: „Signum Temporis”
Scenariusz, choreografia i reżyseria: Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk
Scenografia: Andrzej Pawłowski, Jacek Krawczyk
Kostiumy: Reserved
Tańczą: Joanna Czajkowska,
Anna Jędrzejczak
Jacek Krawczyk,
Iwona Gilarska
Opracowanie muzyczne: Marcin Wasyluk
Światła: Bartosz Cybowski
Fotografie promujące spektakl: Piotr Wołoszyk
Film: Beata Staszyńska
Prapremiera: Klub Żak w Gdańsku, 31.01.2004
Tematyka spektaklu:
Signum Temporis z łaciny „znak czasu”, wydaje się być przewrotnym tytułem w kontekście tematu WOJNY. Wszak wojna jako zjawisko nie zna czasu. Towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Od zarania dziejów jest strategią dla przywódców i realnym strachem, śmiercią i zniewoleniem dla „zwykłych” ludzi. Zabijano, prowadzono i nadal się prowadzi działania zbrojne w imię wyższej, lepszej cywilizacji, postępu, a nawet Boga. Zawsze wojnie towarzyszy niezrozumienie, brak empatii, zawiść, lęk przed innym - obcym i nienawiść. Wszystkie te emocje, bliskie człowiekowi, podniesione do ekstremum, zwielokrotnione propagandą i „wielką polityką” owocują złem, którego rozmiaru, nie da się opisać.
Wojna istnieje jako otwarte starcie zbrojne pojedynczych państw i ich sojuszy. Jako podskórne działania partyzantów, a nawet jako potępiany przez świat terroryzm.
Wydawać by się mogło, że każdy z nas, żyjących w niepodległym, wolnym od kilkunastu lat państwie, wojnie powie „nie”. Ale czy tak jest? Przecież można też powiedzieć, że wojna to stan ducha, wewnętrzny konflikt. To także konflikt z innymi, wolnymi ludźmi, których oszukujemy, mówiąc półprawdy, nawet w imię dobra (najczęściej zresztą swojego), walcząc o pracę, pieniądze i inne dobra materialne, odwracając się od tych, którzy nam się już do niczego nie przydadzą i nie zauważając tych, którym ta uwaga jest niezbędna. Wojna to biznesowe, braterskie i przyjacielskie strategie, które mają nam przynieść chwałę i komfort. Wojna jest w nas.
Forma artystyczna:
„Signum Temporis” to spektakl z gatunku „teatr tańca”, gdzie ruch, w tym przypadku oparty o technikę tańca współczesnego i sporty walki, aktorskie bycie w postaci kreowanej i w sytuacjach istniejących mają znaczenie równoważne. Dzięki ruchowi wywiedzionemu ze znaczenia i emocji, wzmocnionemu odpowiednią dramaturgią, chcemy uzyskać na scenie prawdziwe, bliskie każdemu człowiekowi sytuacje, które głęboko dotkną widza.
Widowisko to nie jest linearną historią, a przeplatającymi się wątkami, o różnym znaczeniu.
Praca Beaty Staszyńskiej nie stanowi części spektaklu, istnieje samodzielnie promując wersję sceniczną „Signum Temporis”.
Recenzje:
„Taniec. Teatr Okazjonalny w Żaku. ZNAKI WOJNY.
Rzeczywistość wytańczona w spektaklu „Signum Temporis” okazuje się na szczęście prostsza, wyrazistsza i klarowniejsza niż przedpremierowe wynurzenia twórców obrazu na temat jego przesłania. Według nich tematem widowiska ma być wojna jako stan ducha („wojna jest w nas”).
Obrazy. „Signum Temporis” zaczyna się żartobliwie: od przedstawienia naszych „braci mniejszych”, takich jak gąsienica, żuraw, koziołek czy łoś. Nagle odnajdujemy się na strzelnicy sportowej. Troje strzelców mierzy tu do „łosia” i z rozbawieniem przygląda się jego „konaniu”. Po tej „introdukcji półżartem” dwie pary tancerzy przedstawiają trzy obrazy: Joanna Czajkowska i Iwona Gilarska coś na kształt treningu wschodnich sztuk walki, zaś Anna Jędrzejczak i Jacek Krawczyk – sztuk kochania i zabijania. Gra, taktyka, zaloty, umizgi, nawet pojedyncze morderstwo, w obrazie trzecim – zagranym przez całą czwórkę – przechodzą w jatki. Finał to wojna! Wszystkich ze wszystkimi. Tancerze tropieni przez reflektory – szperacze i przez niewidocznych strzelców. Ostra, wystrzałowa muzyka. Trafiani całymi seriami, tancerze podnoszą się i znów upadają. Każdy umiera wielokrotnie.
Gra. Teatr Okazjonalny wystąpił tym razem w poszerzonym składzie. Joannę Czajkowską i Jacka Krawczyka znaliśmy wcześniej jako znakomitych tancerzy. Podobnie Iwona Gilarska zdołała zapisać się w pamięci widzów kilku wyrazistymi kreacjami. Największą niewiadomą w tym zestawieniu była debiutująca na gdańskiej scenie Anna Jędrzejczak. Zagrała na dorównującym im aktorsko i tanecznie poziomie. Wydaje mi się, że to – oprócz talentu i pracy osobistej – również zasługa i pomoc bardziej doświadczonych partnerów z zespołu, w tym zwłaszcza Jacka Krawczyka. Życzliwe przyjęcie debiutantki dobrze zrobiło całości.”
Dziennik Bałtycki 02.02.2004
„Spektakl taneczny w Klubie Zak. WOJNY OKAZJONALNE.
Gdzie jest początek wielkich konfliktów? W niecierpliwym geście, drobnym oszustwie, agresywnej wymianie zdań – zdają się mówić artyści Teatru Okazjonalnego. Signum Temporis – najnowszy spektakl Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka, pary trójmiejskich tancerzy i choreografów – dotyka tematu konfrontacji, małych i dużych wojen. Artyści Teatru Okazjonalnego zaprosili do współpracy przy nim dwie tancerki – Annę Jędrzejczak i Iwonę Gilarską. Premiera się odbyła w sobotę w Klubie Zak. W wykonaniu czwórki tancerzy zobaczyliśmy dynamiczne i przewrotne choreografie, pokazujące konflikty jako strategie wykorzystywane przez bliższych lub dalszych znajomych.
Przedstawiające, krok po kroku, jak od zniecierpliwienia przechodzimy do rozdrażnienia i agresji. Bez militarnych akcesoriów, wojennej martyrologii twórcy spektaklu przekonywująco kreślą banalność i powszechność kłótni, nieporozumień, które stają się wstępem do wielkich konfliktów. – Nie chroni nas przed tym kultura i cywilizacja – przestrzegają autorzy spektaklu. Pokazując, jak łatwo przechodzi się od kontemplowania kobiecego ciała w rytmie popowych przebojów do zbrojnego starcia. Nie sposób się z nimi nie zgodzić, potwierdza to niemal każde wydanie serwisów informacyjnych, radiowych i telewizyjnych. Finałowej przejmującej scenie, gdzie tancerze stają się ofiarami na jednym ze współczesnych pól bitwy, towarzyszą narastające, początkowo trudne do zidentyfikowania dźwięki. Muzyka berlińskiej grupy Einsturzende Naubauten, wykorzystującej dźwięki cywilizacji industrialnej, min. odgłosy silników samochodowych, maszyn, stukania młotków, potęguje wymowę ostatniej sceny przedstawienia. I jest jeszcze jednym znakiem naszego czasu – nawiązującym przewrotnie do tytułu spektaklu.”
Mirella Wąsiewicz ; Gazeta Wyborcza Trójmiasto 02.02.2004
Tytuł: „Carpet Show”
spektakl grany w dowolnie wybranej przestrzeni miejskiej
Pomysł i reżyseria: Joanna Czajkowska
Udział biorą: Joanna Czajkowska
Anna Jędrzejczak
Jacek Krawczyk
Iwona Gilarska
Marcin Wasyluk
"Spośród spektakli najciekawszą propozycją okazał się występ sopockiego
Teatru Okazjonalnego z toczącą się na ulicy, precyzyjnie zbudowaną akcją
"Carpet show". Dwóch tancerzy i trzy tancerki, mieszając się z tłumem
przechodniów, niosą dwa zrolowane dywany. Za chwilę rozwiną i poprzez ruch najpierw zaciekawią, by z minuty na minutę zbudować tkankę wzajemnie nachodzących na siebie seansów. Akcja sama wędruje po ulicy. Po odegraniu sceny, dywan jest przez artystów zwijany, by pięć metrów dalej zaprezentować na nim kolejny z odcinków opowieści. A opowieść to osobliwa: poważna dyskusja o świecie damsko-męskich ról. Idealnie zbudowane tancerki, krawieckim centymetrami mierzą swe talie i biodra, głośno komentując wyniki. Absurd odchudzania ukazują poprzez przykładanie centymetra sobie i widzom do głowy, nosa, łopatki, łokcia. Wyniki powtarzają po wielokroć, by zapamiętać, wbić je sobie do głowy. Aby zmniejszyć wymiary muszą nieustannie ćwiczyć, toteż ordynują sobie fitness, zapraszając do sztuki zrzucania tłuszczu trzy chętne adeptki spośród widzów. I oto widzimy fitness club na ulicy: w rytm
mechanicznej muzyki mechaniczne ruchy sześciu kobiet. Tancerki Teatru
Okazjonalnego kpią w ten sposób ze statyczności ubranej w płaszcz sportu, z dziewcząt zrzucających kilogramy (centymetry). Kończą w udrapowanych na telewizyjny spot reklamowy pozach: trzy zmęczone tancerki, popijając wodę mineralną, chórem zachwalają jej zalety.
Historię o stereotypowym postrzeganiu ról kobiet i mężczyzn dopowiada para tancerzy tańcząc ruchem
3 x Noir Danse
Koncept i reżyseria: Joanna Czajkowska
Choreografia i wykonanie: Joanna Czajkowska, Monika Grzelak
Stylizacja: Joanna Czajkowska, Iwona Kryszak / Kostiumy: Iwona Kryszak
Wizualizacje: Black Ibrahim / Muzyka: Adam Kiełsznia
Światła: Artur Aponowicz / zdjęcia promocyjne: Grzegorz Stefański
Na spektakl sładają się:
I. Zmysły (solo - Monika Grzelak)
II. Śmierć (solo - Joanna Czajkowska)
PRZERWA
III. Susan & Susan czyli krótka historia kryminalna w stylu glamour (duet)
„Dwie partie solowe […] skonstruowane są na zasadzie przeciwieństw, jak awers i rewers, plus i minus, góra i dół, światło i mrok. Jak się ma do nich część trzecia? Właśnie jak cudzysłów, nawias, puszczenie oka do widzów, jak niezbędny dodatek humoru, wprawdzie czarnego, ale jednak, aby całość nie okazała się zbyt ponura. Opowiada ona - najogólniej - o życiu, za pomocą tylko dwóch barw: czerni i bieli, choć właściwie tylko czerni. Żeby jednak zaistniała jakakolwiek mówiąca czerń, musi być jakiekolwiek światło. Jak np. punktowe światła w zmysłowej części pierwszej, tańczonej przez Monikę Grzelak, obnażające ją od stóp do głów. Jak światło rozproszone, towarzyszące rozpraszaniu życia, umieraniu na scenie Joanny Czajkowskiej, wreszcie światło Księżyca w otwierającej część trzecią animacji filmowo-komiksowej […] Animacje, muzyka, kostiumy, gra świateł i oczywiście taniec renomowanych artystek - wszystko to sprawia, że widz uczestniczy w jakiejś "podróży do kresu nocy", w głąb nieznanych światów.”
Tadeusz Skutnik : "O życiu w czerni" Polska Dziennik Bałtycki nr 104; 2009.05.05
„[…] Epizody nie są ze sobą powiązane tematem fabularnym, lecz definicją archetypu kobiety w czarnym filmie. Największym walorem realizacji jest choreografia. […] Tym, co fascynuje na scenie jest estetyka i precyzja. […] Choreografię uzupełnia muzyka Adama Kiełszni. Niepokojące, nielinearne rytmy spajają całą historię, dodając wyrazu i energii każdemu z ruchów. Wizualizacje Dominika Rudasza stanowią klucz do interpretacji każdego z epizodów oraz doskonale komponują się ze światłami (również w stylu noir).
Podobnie jak poprzednie spektakle Teatru Okazjonalnego, tę realizację cechuje synkretyzm tekstów kultury i ruchu scenicznego. […] 3x Noir Danse czerpie z kultury masowej. Pozostaje tylko pytanie, czy trójmiejska publiczność jest gotowa zamienić autoekspresję na intertekstualność?”
Grzegorz Ruta: „Okazjonalny neo-noir” Kolektyw Sztuki; www.mudzaba.pl
„3 x Noir Danse” jest projektem bardzo udanym: wszystkie jego elementy – taniec, gra świateł, świetna muzyka i wizualizacje tworzą niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju atmosferę. J. Czajkowskiej i M. Grzelak udało się pokazać, że czerń nie jest czymś pustym i nienazwanym. Bo w mroku zawsze coś się czai.”
Katarzyna Derda, „Teatr Okazjonalny – 3 x Noir Danse”, Gdański Festiwal Tańca 2009 – gazeta festiwalu
Bilety: 15/20 zł
Rezerwacja:
058 555 22 34
0609 690 038
lub mailowo:
This e-mail address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it
Sopocka Scena Off de BICZ
Teatr Na Plaży
Aleja Mamuszki 2
Sopot
Ostatni dzień festiwalu Metropolia Jest Okey - Święto Kultury Trójmiasta 2009 , dedykowany był sztuce tańca współczesnego. W 9 odsłonach obejrzeliśmy to co najlepsze na trójmiejskiej scenie autorskich teatrów ruchu.
Spektakle, które dzięki festiwalowi mogliśmy oglądać, dają wyobrażenie, o ogromnej różnorodności środków wyrazu, tam gdzie ciało w ruchu zdaje się być jedynym medium.
Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, przyjechał na rowerze. Po ciemku objechał scenę, odstawił rower i rozejrzawszy się spojrzeniem z nadświatów, niejako wylądował, w postaci giganatycznego niby-zająca.
Obejrzeliśmy 3 długie rundy zdającego się nie mieć końca zmagania Iwony Gilarskiej i Anny Jędrzejczak- Skutnik w ramach "Projektu Walki". Spektakl adaptuje formę nieomal groteskową- zapasy w stylu wolnym, zmierzając do ukazania natury zmagań zpolaryzownych antagonistów.
Performance Good Girl Killer dotknął równoczesności procesów w ramach domniemanej hiperosoby, gdzie sprawianie rybich łbów i ogonów, towarzyszy infantylnej ekstazie, a całość kończy mini konkurs na lepszą piosenkę.
Zbierzność rekwizytów - ryba - patroszona przez Annę Steller, we wspólnej z Magdą Jędrą akcji Good Girl Killer, antycypowana jest w otwierającym przegląd przedstawieniu, gdzie Julia Mach, wychodząc z pół-lotosu, w miarę rozwoju narracji towarzyszącego jej filmu , zdaje się przechodzić stadia między medytującym człowiekiem, kijanką i urokliwą sugestią dokonanej przemiany w rybę.
Zderzenie z otwarcie improwizowaną formą przedstawienia "So Special", zelektryzowało publiczność, dotkniętą bezpośrednio zadziorną swobodą Katarzyny Chmielewskiej i Anny Steller - rudymentarna scenografia, tapir, czarno-biale kostiumy i zawrotne tempo ruchu - sprowokowały owacje.
Mieliśmy przyjemność obcowania z graną na żywo oryginalną muzyką, tak w spektaklu Uli Zerek, " Humuli Lupuli", gdzie dyskretny urok, szeroki puls kontrolowany był obecną na scenie parą marimba- violonczela, przenosząc wrażenie wysycone człowieczeństwem, proste i przyjemne, jak i u Anny Haracz, w fragmentach spektaklu " ...ale jest jeszcze prawda" - według Anny Haracz i Tomasza Antonowicza "...ale jest jeszcze prawda" to współtworzenie domniemanego sensu widowiska aktywizowane w relacji tancerka - muzyk, relacji mitologizowanej według schematycznych konfiguracji aktywności: dominacji-zazdrości- uwodzenia, obojętności-ubóstwienia - bo i przedmiot - instrument- gliniany dzban-udu, stał się na chwilę piedestałem tancerki.
DanseNoire Joanny Czajkowskiej, "Śmierć", zwieńczył wieczór ostatniego dnia festiwalu. Solo to, mroczne, drżące, skłaniające się ku metafizyce, pojętej według literatury, naniosło babilońskich osadów, jakby z półek z księgami o czarnej magii. Obserwowaliśmy mikroruchu skupionej, tężejącej tancerki na tle z ogromnej, czarnobiałej projekcji: sugestywny fraktal, uporczywie symetryczny kwiat- czaszka,
obraz potęgujący wrażenie nieuchronności i wszechobecności Śmierci.
Popisy solistów i składów, oryginalna muzyka, rzadkie projekcje wideo, formy wystudiowane i domknięte obok bezkompromisowych, nieokiełznanych improwizacji - 9 przedstawień twórczych i niezależnych artystów uprawiających sztukę tańca współczesnego, gdzie ekspresja ciała, samoświadomość aktorów, to co wiedzą o sobie i sztuce swojego czasu, widać jak na dłoni. Teatr ruchu, ta piękna i szczera forma ludzkiej aktywności zmierzająca do komunikacji myśli, emocji, ujawnijąca ambicje, pozwala doświadczyć jakże sycącej bliskości z momentem twórczego napięcia, to wrażenie tak wyraźne w skądinąd minimalnym spektaklu Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza, ale także w improwizacji Katarzyny Chmielewskiej i Anny Steller.
To co obejrzeliśmy dowodzi, że w Trójmieście, dzięki aktywności twórczych artystów powstają odważne spektakle- prowokujące, eksperymantatorskie, inteligentne. Nie brakuje pomysłów tam, gdzie tworzywem jest ciało w ruchu i gra skojarzeń. Nie zabrakło zainteresowanej, otwartej, chłonnej publiczności.
W festiwalu Metropolia Jest Okey - Święto Kultury Trójmiasta 2009, w ramach "Dnia Teatrów Niezależnych" udział wzięli, między innymi:
Julia Mach, Filip Szatarski, Rafał Dętkoś - " The Fishing You "
Anna Haracz i Tomasz Antonowicz -" ale jest jeszcze prawda"
Ula Zerek, Dominik Bukowski, Zosia Zerek - " Humuli Lupuli"
Iwona Gilarska, Anna Jędrzejczak- Skutnik " Projekt Walki"
Magalena Jędra " Paralell"
Katarzyna Chmielewska i Anna Steller " So Special"
Anna Steller i Magda Jędra - Good Girl Killer
Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz - "Belladonna For One Person"
Joanna Czajkowska "DanceNoire, Śmierć"
światło Bartosz Cybowski, Filip Szatarski
Klub Ucho w Gdyni.
Całość poprowadził Przemysław Gulda.
tekst : Bartłomiej Łuniewicz.

