Search

Polish (Poland)English (United Kingdom)
Displaying items by tag: Krzysztof Dziemaszkiewicz

Spektakl według pomysłu Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza "Hungrige Hertzen", można obejrzeć w niedzielę 31 października, w klubie Żak, o 19.00.

 

Premierowy pokaz spektaklu przyciągnął tłumy wielbicieli Teatru Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza.


"Hungrige Hertzen" to spektakl szczery i bezpośredni, suma znaczeń wokół tematu gwałtownych namiętności, miłości w świecie pożeranego na  surowo serca, gdzie osobliwość rodzi osobliwość.

Wszystko co wiadomo o sercu jest w tym spektaklu.
Serce  jest pompą, podrobem pożeranym na surowo. Serce siedlisko uczuć, symbol miłości i miłosierdzia, równie odrażające co dziwaczne.

"Hungrige Hertzen" - Zgłodniałe Serca.


W spektaklu grają Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, Anna Steller, Julia Mach, Kuba Bielawski i Iwona Baranek.

Wideo  stworzył Maciej Salamon.  Muzyki użyczył Helmut Nadolski


Spektakl zrealizowano przy wsparciu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego

Published in Announcement

Ostre dziewuszki z Zajęczego Wzgórza

 

"Dziewczęta z Zajęczego Wzgórza" w choreografii Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza i Anny Steller w Teatrze Patrz Mi Na Usta w Gdańsku. Pisze Łukasz Rudziński w portalu Trójmiasto.pl.

 

«Brutalność, agresja i elementy sado-maso stanowią najsilniejszy ładunek emocjonalny spektaklu Teatru Patrz Mi Na Usta pt. "Dziewczęta z Zajęczego Wzgórza" Krzysztof "Leon" Dziemaszkiewicz i Anna Steller postanowili zmierzyć się z tym, co spotyka nas na co dzień i dotyczy każdego, nawet, jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy.

Publiczność nie może czuć się komfortowo w zimnej, ziemistej sali gdańskiego Instytutu Sztuki Wyspa. Na niemal nagiej scenie przyciąga uwagę przewrócona kanapa salonowa. Gdzieś z boku świeci przenośna jarzeniówka, w tle światełka z podrzędnego motelu. Między sceną a widzami znajdują się jeszcze dwie bezlistne gałęzie. Przestrzeń gry zamyka projekcja na żywo. To właśnie włączenie kamery rozpoczyna spektakl, którego bohaterami są również widzowie, w których wycelowano oko kamery.

Dziemaszkiewicz znany jest z tego, że lubi zaskakiwać, poruszać, wywoływać skrajne emocje. Również tym razem sprawnie buduje napięcia dramatyczne. Jednak w "Dziewczętach z Zajęczego Wzgórza" właściwie przez cały czas pozostaje w cieniu Anny Steller. Tancerka prezentując bardzo dobry warsztat taneczny, ukazuje próby zmagania się z samą sobą, wyzwolenia z pęt, które krępują jej ciało. Ale widzowie "Dziewczyn..." nie zobaczą gładkiej, wzruszającej historyjki.

Tak, jak niespokojna muzyka sterowana ręcznie przez któregoś z wykonawców, tak i postaci widowiska (bliższego performance niż teatrowi tańca) ulegają metamorfozie. Steller przeistacza się w bezlitosnego oprawcę i za pomocą ręcznej kamery terroryzuje Dziemaszkiewicza oklejonego taśmą izolacyjną i ukrytego za upiorną maską. Ciało Dziemaszkiewicza pozbawione w ten sposób tożsamości, zostaje wystawione na widok publiczny, poprzez wyświetlenie sylwetki na ścianie. Brutalność, agresja, elementy sado-maso stanowią najsilniejszy ładunek emocjonalny spektaklu i nawiązanie do estetyki performance i wideoartów skandalizującej, katowickiej grupy Suka Off.

Najnowsza realizacja Teatru Patrz Mi Na Usta nasycona jest mocnymi obrazami. Współpraca na scenie przeradza się w walkę i zmaganie się ze sobą (demoniczno-mechaniczne tango), rywalizacja zmienia się w próbę zdominowania partnera. Mało w tym tańca, więcej ruchu, czasem ledwie naszkicowanego, który sam w sobie niewiele znaczy. Kuleje nadmiernie powtarzalna choreografia zespołowa, stanowiąca ewidentne szwy przedstawienia na tle przemyślanych scen solowych i wspólnie skomponowanych obrazów, drażni wielki niebieski ekran na ścianie, gdy kamera jest wyłączona.

Samo uruchomienie drugiego planu - będącego kontrapunktem dla wydarzeń na scenie - również nie należy do nowatorskich. Kamera, która do naszego teatru trafiła na fali zachwytu teatrem niemieckim, stała się środkiem strasznie ogranym i niełatwym do zastosowania "z głową". Jednak Dziemaszkiewiczowi i Steller udało się z dosyć banalnego środka uczynić ważne narzędzie scenicznej wypowiedzi.

Najnowsze widowisko spod znaku Teatru Patrz Mi Na Usta jest ciekawą propozycją dla sympatyków Krzysztofa "Leona" Dziemaszkiewicza i jego teatru. W duecie z Anną Steller zrobił on spektakl, w którymś chodzi o coś więcej, niż epatowanie widzów nagością, czy zaprezentowania "człowieka w kryzysie". Idzie nowe w twórczości Leona?

 

Łukasz Rudziński, www.trojmiasto.pl


Published in Reprint

XI Trójmieskie Spotkania Teatrów Niezależnych w Gdańsk,

 

Niezależnie i bez polotu?

XI Trójmiejskie Spotkania Teatrów Niezależnych w Gdańsku. Pisze Magdalena Hajdysz w Gazecie Wyborczej - Trójmiasto.

 

«XI Trójmiejskie Spotkania Teatrów Niezależnych, które w weekend 12-14 grudnia 2008 odbyły się w IKA Winda udowodniły, że w teatrze, jak to w sztuce, najważniejsze jest zaangażowanie.

Dwa pierwsze dni imprezy upłynęły pod znakiem piątych urodzin Teatru Amareya. Jubilaci zaprezentowali znakomite spektakle, wśród których oprócz wcześniejszych realizacji - "Exit" i "Teatru Anatomicznego", wymienić trzeba choćby "Dziewczęta z Zajęczego Wzgórza" w wykonaniu Krzysztofa "Leona" Dziemaszkiewicza i Anny Steller. Spektakl zszokował i zachwycił publiczność nie tylko tańcem, ale i estetyką rodem z klubów gogo.

Centralnym punktem urodzin Amareyi była premiera "Tribute to J.S." Agnieszki Kamińskiej. W swym pierwszym solowym projekcie aktorka podjęła próbę zmierzenia się z trudnym, a jednocześnie łatwym do zbanalizowania tematem losów swojej rodziny uwikłanej w historię II wojny światowej. Jej szczere i przejmujące wyznanie zelektryzowało całą widownię. Za pomocą tańca, gestu i spojrzenia oddała uczucia zniewolenia, strachu, zagubienia, ale też pragnienie życia i wolności oraz potrzebę odzyskania indywidualności. Jeśli ktoś twierdzi, że pokolenie wnuków tych, którzy doświadczyli wojny, nie jest w stanie niczego zrozumieć, powinien obejrzeć ten spektakl. Według aktorek Teatru Amareya "Hołd dla J.S." miał być odejściem od dominującej w ich dotychczasowej twórczości techniki butoh i pierwszym krokiem w stronę ich własnej, wypracowanej przez lata na podstawie różnych inspiracji techniki. Kamińska potwierdziła te obietnice. Zaprezentowała styl czytelny, spójny i oryginalny.

Ostatniego dnia Spotkań wystąpiły teatry dramatyczne. Poziom prezentowanych przez nie spektakli był bardzo różny i wymyka się jednoznacznym ocenom. Były teatry typowo amatorskie i młode, jak Teatrzyk Błękitnego Czasu z Młodzieżowego Domu Kultury w Sopocie, czy Teatr Studencki Gdańskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej, były też teatry mające swoją stałą scenę, składające się z aktorów z dłuższym stażem, jak Sopocka Scena Off de BICZ czy Teatr w Blokowisku.

Oba młodsze teatry ("A co będzie na końcu..?" Błękitnego Czasu i "Generał i Bomba" GWSH) wzięły na warsztat poważne, egzystencjalne problemy, traktując je jednak w sposób typowo szkolny, choć nie bez głębszego przesłania. Na uwagę zasługuje tu zespół z Sopotu, któremu udało się, mimo niedoskonałości aktorskich młodych wykonawczyń, ciekawie pokazać różnicę pomiędzy wszechogarniającym hałasem informacyjnym a ciszą. Natomiast w "Generale" teatru GWSH zabrakło dramatyzmu, a całość można by skwitować pytaniem: Jak przybliżyć dzieciom problem wojny atomowej?

Być może w teatrze niezależnym trudniej o zaangażowanie. Ale to chyba tylko rys naszych czasów - kryzys, który wynika w dużej mierze zarówno z braku odpowiedniego miejsca dla teatralnego rozwoju młodych ludzi, ale i postawy ich samych, niechętnych dać z siebie czegoś więcej. A widz od razu zauważy "fuszerkę", posługiwanie się tanim chwytem zamiast autentycznego przeżywania.

Przeciwwagę stanowiły spektakle "Tulla" w reżyserii i wykonaniu Idy Bocian z Sopockiej Sceny Off de BICZ i "Szaleństwo we dwoje" w reżyserii Marka Branda z Iwoną Fijałkowską i Maciejem Szemielem. "Tulla" to precyzyjnie skonstruowany monodram oparty na prozie Güntera Grassa, przejmująca historia dorastania w wojennej rzeczywistości. Aktorka bez udziału muzyki umiejętnie budowała napięcie głosem i ruchem. Samym spojrzeniem przemieniała się z chłodnej i zdystansowanej narratorki w zadziorną, okrutną i nieprzewidywalną Tullę.

Spektakl Teatru w Blokowisku to komiczna i smutna zarazem historia pary kochanków. Uzależnieni od siebie, nienawidzący się i kochający zarazem próbują na nowo nazwać to, co ich łączy. Przyjemna rzecz skłaniająca do namysłu nad tym, jak pięknie oszukujemy samych siebie.

Prawdziwą perełką był gościnny występ Teatru Kreatury z Gorzowa ze spektaklem "Letnie małżeństwo", zdobywcy nagrody za aktorstwo dla Marty Andrzejczyk podczas tegorocznego Windowiska. Talent aktorski Andrzejczyk, świetny scenariusz Agnieszki Kochanowskiej i piękne, klimatyczne piosenki Czesława Mozila, znanego jako "Czesław Śpiewa", wypełniły niewielką salę Klubu Winda prawdziwą magią teatru.

Szkoda, że imprezy takie, jak STTN odbywają się tylko raz do roku. Przyszłorocznym spotkaniom życzyć trzeba jednak większej sali i większego budżetu, dzięki którym impreza, tak potrzebna teatrom niezależnym, mogłaby rozwinąć skrzydła. Mam bowiem wrażenie, że gdyby nie urodziny Teatru Amareya, STTNy nie weszłyby z takim rozmachem w następne dziesięciolecie swojego istnienia.»

 

Magdalena Hajdysz, Gazeta Wyborcza - Trójmiasto nr 293

Published in Reprint

Świetna improwiz-Akcja w Żaku

 

Wydawałoby się, że improwizacja, jako dziedzina teatralnej aktywności, najlepsze lata ma już za sobą. Nic bardziej mylnego. Najnowsza realizacja grupy Good Girl Killer, "Akcja", znakomicie wpisuje się w powracający nurt łączący pogranicze teatru ze sztuką performance.

Na scenie czwórka bohaterów czekająca na świąteczny obiad, stół, krzesła i obudowany tekturą ekran monitora. Redukcja jako naczelna zasada organizująca spektakl obejmuje wszystko – fabułę dramatu, ekspresję środków wyrazu jak również kolejne inter-akcje pomiędzy postaciami.

Rzeczywistość zredukowana do minimum, a jednocześnie znakomita interpretacja dramatu Sama Sheparda. W gdańskiej "Akcji" wyrażone zostaje wszystko to, co najważniejsze w sztuce Amerykanina. Absolutna pustka i niemożność podjęcia jakiegokolwiek działania, przejmująca nuda i całkowity brak porozumienia. A w przerwach kolejne próby przełamania nieznośnego status quo.

W tym podejmowanym działaniu i jego rezygnacji zamyka się zresztą cały tragizm bohaterów sztuki. Nie wiadomo bowiem, co wydaje się gorsze – obojętność wpatrzonych w ekran telewizora oczu, czy podszyte fałszem, niezdarne próby "pchnięcia" akcji do przodu.

Punktów wspólnych z "Kartoteką" Tadeusza Różewicza, czy teatrem Samuela Becketta, znajdziemy w spektaklu więcej, nie one jednak okazują się najbardziej godne uwagi. Wszystko co najważniejsze zamyka się bowiem w grze opartej na scenicznej improwizacji, świetnie przeprowadzonym "tu i teraz", realizującym się w tak prostych działaniach, jak krojenie chleba, patroszenie ryby czy koncentracja na wzajemnym byciu na scenie

Całość nasuwa skojarzenia ze znakomitym "Factory 2" Krystiana Lupy. Unikając wartościowania, oba spektakle zdają się opowiadać o świecie w podobny sposób. I nie tylko dlatego, że napisany w latach 70-tych dramat Sheparda bezpośrednio zazębia się z tym, co tak znakomicie uchwycił w swoim spektaklu Lupa.

Obie realizacje łączy coś więcej, odwaga pokazania pustki na scenie. Pustki, która rozgrywa się na oczach znudzonego widza, w często nieudolnej interakcji pomiędzy nim, aktorem, a odgrywaną przez niego postacią. W przestrzeni, w której "pod pozornym bezruchem pulsuje rytm napiętej, wytężonej obecności bohaterów i ich duchowej absencji" (fragment programu). Czy może być coś bardziej fascynującego.

 

http://kultura.trojmiasto.pl/Swietna-improwiz-Akcja-w-Zaku-n28528.html

 

Published in Reprint

Trzy premiery. Gotowa, rozwojowa i u Leona

 

"Tak" Joanny Czajkowskiej, "Bio-obiekt. Intro" Jacka Krawczyka Teatru Okazjonalnego na Scenie Off de Bicz w Sopocie oraz "Belladonna" Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza Teatru Patrz Mi na Usta. Pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

«Dwie premiery grudniowe w Teatrze Okazjonalnym. Jedna gotowa, druga - jak usłyszałem - rozwojowa. Gotowa to "Tak" Czajkowskiej, doskonale zagrane studium poniżenia starej kobiety. Chyba najlepsza jak dotychczas jej dramatyczna rola.

Joanna Czajkowska powołuje się na inspiracje japońskie (Yoko Ono) i rzeczywiście coś japońskiego w stroju i muzyce (bardzo ważne imitacje: Rafał Kowal) jest.

Trzy kolejne obrazy to trzy wymuszenia na kobiecie, starej czy niestarej (tu raczej starej, bo "próchno się z niej sypie"), odegrania niechcianej roli. Raz - dosłownego zamiatania włosami podłogi, drugi - rewiowej tancerki. To wszystko przychodzi z zewnątrz, w postaci zrozumiałych, dla niej, a niekoniecznie dla widzów, poleceń. Spełnia je mimo wyraźnego wewnętrznego buntu. A za końcowy palec na ustach i "csiii" nie należy o tym mówić feministki powinny panią Joannę nosić na rękach.

Jacek Krawczyk natomiast przyznaje się do zachwytu sztuką Tadeusza Kantora i swój "Bio-obiekt" umieszcza w korowodzie kantoroidów. Jego rzecz tak jest odległa od sztuki Kantora, że tworzy zupełnie odrębną jakość.

Powstaje tylko pytanie: jaką jakość na dziś, skoro obraz ma być rozbudowany, m.in. o postaci Infantki schodzącej z obrazu Velasqueza i Panny Młodej (z "Wesela"?). Taki obraz musi chyba radykalnie zmienić wymowę: obecne wzajemne oddziaływanie człowieka i pałuby zdaje się pójdzie w kąt. No, ale to w końcu nie nasze zmartwienie.

Trzecia grudniowa - u Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza [na zdjęciu] w Teatrze Patrz Mi na Usta. Widziałem subtelniejsze spektakle tej trupy. Ten schodzi na najniższy poziom - instynktów. Mówię o najnowszym: "Belladonna".

Tańca nie ma tu prawie wcale. Artyści korzystają z prawa niedopowiedzenia. A nawet kłamania. Przedstawiona przez nich wizja może jednak być wbrew nim odczytana. Co tedy robią? Pokornie czekają. Jak odczytywana może być "Belladonna"?

Pewne nic tu nie jest, nawet sama Belladonna, która prawdopodobnie pojawia się w spektaklu jako Piękna Pani. Jak trzeba nadaje mu rytm, śpiewa, intonuje. Belladonna to też jednak trucizna (wilcza jagoda).

Jeśli ona ma być domniemaną rodzicielką Czarnej Pantery, przemierzającej raz po raz scenę, jeśli spektakl ma być przestrogą przed drzemiącym w każdym z nas ciemnym potworem, to trzeba stwierdzić, że właśnie pantera jest w spektaklu najsympatyczniejszą osobą w grze.

I jeśli ona wyprowadza całe to porykujące i pobekujące towarzystwo ze sceny, mówimy: słusznie. Nareszcie. Tak. Bo ona ma jakieś ludzkie pojęcie, a ta czereda nic tylko prymitywne, zwierzęce instynkty.

Powtórzę: widziałem subtelniejsze spektakle "u Leona"

 

Tadeusz Skutnik

Polska Dziennik Bałtycki nr 295

18-12-2007

 

Published in Reprint

Rozsiewający talenty

 

Na tym zasłużonym jubileuszu spotkali się niemal wszyscy artyści związani z Dadą. Również ci rozsiani po Europie, bo Dada, podobnie jak większość dojrzałych przedsięwzięć artystycznych, "produkuje i eksportuje" artystów, niespecjalnie martwiąc się ubytkami, bo co chwila pojawiają się nowi i szybko profesjonalizują - o 15-leciu gdańskiego Teatru Dada von Bzdülöw pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

«Grudzień nie sypnął jeszcze śniegiem, za to w w tańcu sypnął w Trojmieście premierami. Do premierowych smaków dorzucił nadto jubileusz i na tym jeszcze wcale nie zamierza poprzestać.

Najpierw błysnęli premierową "kosmiczną" etiudą "Visitores" Julia Mach i Filip Szatarski (pisaliśmy o nich w sobotę). Przebił ich zaraz na tej samej scenie (sopockiej Off de Bicz) dwiema premierami Teatr Okazjonalny. Joanna Czajkowska pokazała monolog taneczny "Tak", a Jacek Krawczyk taneczny dialog z materią "Bio-obiekt". W kolejce ustawił się już Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, który szykuje premierę pt. "Belladonna" i lada moment ją pokaże w sopockim Sfinksie 12 grudnia. No i wreszcie słynny jubileusz 15-lecia słynnego teatru Dada von Bzdülöw w Żaku.

***

Na tym zasłużonym jubileuszu spotkali się niemal wszyscy artyści związani z "Dadą". Również ci rozsiani po Europie, bo "Dada", podobnie jak większość dojrzałych przedsięwzięć artystycznych, "produkuje i eksportuje" artystów, niespecjalnie martwiąc się ubytkami, bo co chwila pojawiają się nowi i szybko profesjonalizują.

Stara się jednak, owszem, raz do roku ściągnąć ich na gdańskie sceny (przykładem jest organizowana w Żaku każdego roku impreza Korporacja Tańca), aby pokazali, czego tam w świecie się nauczyli, co nowego zrobili. Ściągają ich nawet podczas swego jubileuszu. Tym razem byli to tylko - nomen omen - "Visitores" ("Wizytatorzy") Mach i Szatarskiego z Austrii.

Inni wrócili w postaci archiwalnych filmów, które zresztą obok żywych spektakli ("Eden", "Bonsai", "Karnacja", "Kilka błyskotliwych spostrzeżeń a la Gombrowicz") stanowiły atrakcję minionego jubileuszu. Nie zebrał on wszystkich artystów ani nie przypomniał wszystkich spektakli (było ich 33) , ale przełomowe - owszem.

Np. film Julii Wernio "Halina Śmiela śpiewa piosenki Sławy Przybylskiej", ze znaczącym udziałem artystów Dada. Np. "Nie było, nie będzie, czyli nie ma", który utrwalił wizerunek Dady jako samodzielnego teatru tańca.

Np. niepokazywany w Polsce, wstrząsający spektakl wspólny teatru Dada i Vincent Dance Theatre z Sheffield, zatytułowany "Drop Dead Gorgeous" (dosł. "Wspaniale śmiertelne krople", ale może być i "Zabójczo piękne"), po którym Aurora Lubos i Patrycja Kujawska zostały tam na stałe i tylko tam je można zobaczyć w grze.

Innych artystów teatru Dada von Bzdülöw obejrzeli widzowie z 21 krajów świata, od USA po Indie.

***

Taneczny trzon teatru to w zasadzie duet Katarzyna Chmielewska - Leszek Bzdyl. Pozostali artyści są dobierani do spektakli wedle potrzeb i możliwości. A przewinęło się ich w minionym piętnastoleciu ponad trzydzieścioro. Oprócz wspomnianego trzonu warto przypomnieć, że do "pierwszej kadrowej" należeli m.in. Patrycja Kujawska, Rafał Dziemidok, Radosław Hewelt, a do ostatnich nabytków należy Urszula Wróbel-Zerek.

Tak więc był to jubileusz zdecydowanie artystyczny i kulturalny. Bez wypinania się po medale i bez sentymentalnego lania łez przy kielichu, a potem budzenia się "z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany", jak śpiewał był Wiesław Gołas. Było więcej myślenia o przyszłości, bo "dadaiści" nadal uparcie chcą szlifować nowe talenty i wysyłać je w świat.

 

"Teatr Dada von Bzdulow świętował 15 lat. Rozsiewający talenty"

Tadeusz Skutnik

Polska Dziennik Bałtycki nr 289/11.12., 12-12-2007

 

 

 

Published in Reprint

Dzień Teatru na Metropolia jest Okey, 31 Grudnia 2007

Gdyby ocenić festiwal Metrolopia jest Okey tylko pod względem artystycznym, wypadłby zaledwie dobrze. O tym, że zakończoną wczoraj imprezę warto wpisać w coroczny kalendarz trójmiejskich imprez kulturalnych, przesądziło coś innego.

 

Niezwykle energetyczna mieszanka muzyki, wyśmienitej atmosfery, beztroskiej zabawy oraz wzajemnej życzliwości dała znakomity efekt. Przez kilka dni w Trójmieście sztuka i przyjemność podały sobie ręce i w niezobowiązującej formie przeniosły mieszkańców w przestrzeń kultury niezależnej.

 

To, że wśród zaproszonych artystów znaleźli się również trójmiejscy tancerze, nikogo chyba nie dziwi. Taniec współczesny od dawna funkcjonuje poza kulturalnym mainstreamem. Nawet najbardziej zaangażowany odbiorca zapytany o temat oglądanego właśnie spektaklu, zazwyczaj wzrusza ramionami. I nic dziwnego. Teatr tańca nie doczekał się dotychczas znaczących przykładów swojego odczytania. Sam będąc zjawiskiem na wskroś nowoczesnym, interdyscyplinarnym, funkcjonujący na przekór językowemu doświadczeniu świata, siłą rzeczy skazany jest na "off". Determinacja, z jaką tancerze próbują zmienić tę sytuację, godna jest podziwu. Przewrotnie jednak, być może to ona właśnie sprawia, że każdy kontakt z teatrem tańca jest doświadczeniem fascynującym, nieobciążonym niczym więcej niż sztuką.

 

Większość z sześciu przedstawień, które w sobotni wieczór zaprezentowały trójmiejskie grupy w sopockim klubie Sfinks, zasługuje na szczególną uwagę. Interesującą dyskusję na temat kobiecości zaproponowały Katarzyna Chmielewska i Anna Steller. W spektaklach przygotowanych pod szyldem teatru Dada von Bzdülöw zinterpretowały ją przede wszystkim jako miejsce wolności. W so beautiful symbolizowanej przez zdjęcie czarnych, niewygodnych "szpilek", w Juicy Flesh poprzez poruszającą demostrację obnażonego, nagiego, innego od pokazywanego w gazetach ciała, prowokacyjnie zapakowanego w skąpe, koronkowo-satynowe koszulki.

 

Niezwykłą interpretację wierszy Herberta zaproponowali artyści Teatru Okazjonalnego, Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk. W skróconej wersji spektaklu Alchemik Halucynacji najbardziej ciekawy okazał się sposób, w jaki tancerze przełożyli na język gestu i ruchu to, co wydawałoby się nieprzekładalne - intelektualne rozważania na temat dwoistości ludzkiej natury, istoty bycia artystą w świecie popkultury, naszych prób dążenia do doskonałości i nie mniej dotkliwych porażek w jej osiąganiu.

 

Punktem kulminacyjnym wieczoru okazał się solowy występ Leona Dziemaszkiewicza, założyciela Teatru Patrz Mi Na Usta. Improwizowane, niezwykle osobiste, by nie rzec sublimacyjne, show konsekwentnie wpisało się w inne projekty tego artysty. Temat oparty został na próbie opisania kondycji ludzkiej w rozdarciu pomiędzy tym, co szkaradne a idealne, aż do granic kiczu, który ostatecznie okazuje się równie odpychający.

 

Już wkrótce miłośnicy teatru tańca będą mieli kolejną okazję na spotkanie z trójmiejskimi artystami. 12 i 13 stycznia w ramach 3miejskiego Punktu Tanecznego Sceny Teatralnej Klubu Żak zobaczymy dwa spektakle: Punkt zwrotny Bożeny Eltermann i Katarzyny Chmielewskiej oraz W pół do godziny Iwony Gilarskiej.

 

Autor: Justyna Świerczyńska

www.trojmiasto.pl/ kultura

 

Published in Reprint
Teatr i przemijanie: premiera w Żaku

14 stycznia 2008
trojmiasto.pl




Wszystko wskazuje na to, że trójmiejska scena taneczna dojrzała. Punkt zwrotny, najnowszy spektakl duetu Eltermann/Chmielewska, jest tego najlepszym dowodem.


Autoironia i humor, to dwa tropy, którymi powinniśmy podążać odczytując zaprezentowane w miniony weekend przedstawienie. To one sprawiają, że najważniejszy temat spektaklu, przemijanie, można interpretować na wiele sposobów. Znosząc zbędny dystans, sięgając po dowcip, kontrast czy zaskoczenie, artystki stworzyły niezwykle dojrzałą wypowiedź o zmianie i próbach jej oswojenia.

Przywołany temat zaprezentowany został w różnorodny sposób. Dojrzewanie, kobiecość, relacje z innymi, wreszcie sama sztuka – kolejne sceny pokazują temat z innej, niewątpliwie szerszej perspektywy. Kilka fragmentów zasługuje na szczególną uwagę.

Godna uwagi jest z pewnością pierwsza część spektaklu, w której artystki kreują obraz beztroskiej, dziecięcej zabawy. Niczym na kolejce górskiej, wprawiony w ruch wózek - platforma, to przedmiot przerażający i fascynujący zarazem. Jako symbol bezinteresownej i spontanicznej aktywności uderza w wystudiowany, konwencjonalny występ Chmielewskiej. Wykonywany przez nią taniec nagle staje się nijaki i pozbawiony życia. Teraz to tylko forma, której treść niepostrzeżenie uległa dezaktualizacji.

Autotematyczność tej sceny wydaje się nieprzypadkowa. Spojrzenie na taniec poprzez własną artystyczną biografię powróci w spektaklu jeszcze kilka razy, zarówno w formie ironicznej retrospektywy, jak również poprzez odwołanie do różnych stylów tańca. Step, paso doble, może frywolny kankan? Zacytowane w bardzo umowny sposób tańce wprowadzają do spektaklu dyskusję na temat samej sztuki.

Dowcipnym kontrapunktem tych rozważań okazują się momenty poruszające temat przemijania w nieco bardziej dosłowny sposób. Scena bójki dwóch szarpiących się za włosy kobiet śmieszy, podobnie jak przywołanie rozkosznego "cmokania" po zażyciu wysokoprocentowego trunku. Nie brak również pięknych, niemal poetyckich fragmentów, jak ten, kiedy pokryty białym futrem pojazd zmienia się nagle we wspaniałą, pachnącą kwiatami łąkę, miejsce odpoczynku zmęczonych zabawą artystek, lub ten, w którym pełne obaw bohaterki przekraczają symbolizujące kolejne etapy życia drzwi.

Wątpliwości budzi jedynie scena ostatnia. Oparta na motywie teatru w teatrze zbyt dosłownie przywołuje kolejny aspekt ludzkiej przemijalności, tym razem lęku przez fizyczną starością. Z pewnością śmieszna, pozbawia temat należnej mu metafory.

Bożena Eltermann: założycielka Teatru Cynada. Współpracowała min. z Teatrem Ekspresji Wojciecha Misiury, Teatrem Patrz Mi Na Usta oraz Gdańskim Teatrem Tańca.
Katarzyna Chmielewska: wraz z Leszkiem Bzdylem założyła Teatr Dada von Bzdülöw. Od lat współpracuje z trójmiejskimi teatrami jako tancerz i choreograf.

Justyna Świerczyńska
www.trójmiasto.pl/ Kultura
Published in Reprint

NTERVIEWING DZIEMASZKIEWICZ
Your dancing career has its roots in Ekspresja Theatre, are the work methods at Patrz Mi Na Usta Theatre similar to those used by Wojciech Misiuro?
Leon Dziemaszkiewicz:
I have very good memories of my work with Wojciech, but there was quite a lot of tension there. We would spend long hours on the stage. As much as the work was very intense at the beginning, after some time it all changed. Wojciech had to struggle to find the funds and he left the artistic path and became more of a manager. There was a lack of the spirit of cooperation and that began to affect the team’s morale. At some point, the team became just a group of friends visiting SPATiF. At the same time, everybody expected masterpieces from Ekspresja Theatre. All this was putting quite a lot of pressure on us. I’m now a practicing ZEN Buddhist; I discover myself and I know what matters to me. I want to offend nobody; I want to create performances taking opinions of others into consideration and yet preserving what I as an artist want to show. For this reason the work over performances in my theatre is quite different than that in Ekspresja. I often see that there is often more than one good solution and I don’t see any conflict on this field. Everybody simply has their own artistic vision. But if you are the one creating the theatre then you want it to be your spectacle. Actually I find it difficult to speak about the team of Patrz MI Na Usta Theatre because people who work with me often also work for others. Using the potential of actors, dancers, I listen, look and select solutions, but when I work as a director, I don’t think about making my own spectacle.
Alicja:
At the beginning of your work over a performance, do you discuss your vision as director with actors, or do you know outright what the stage movement and dramaturgy should be like?
Leon:
There’s no discussion of movement, there’s hard work right from the beginning and there’s no predefined vision as to what something must finally be. Of course, it does happen that I have an idea for a given scene and I want to give it a specific shape, but then during the rehearsals I observe the stage reality and consider various interesting solutions and the dancers’ skills. Sometimes it is just their movement that becomes the starting point for a whole sequence. I try to be open, I don’t want to pursue blindly an idea that I have stored somewhere in my mind. The framework for the spectacle must be complete right at the start because it is difficult to start a spectacle from nothing. I have a certain outline for the scenes in my mind but their final shape may be totally different. When we were working over “Café Domino Zaprasza” (Welcome to Domino Café) with Anna Steller, Ania would come to the rehearsals, we would set a pantomime rehearsal and then it started rolling. Very nice work, full of surprises. I never have a complete vision for the whole of the performance - I often have what are just single images. We build performances as you build collages. One scene may have little to do with another one. We put elements together. Sometimes one improvisation may give rise to another one. Event sequences are random in nature. This way we ourselves discover the show at the moment of its creation. This series of recognitions enhances my understanding of me as man. It’s different than at Ekspresja – now I feel my awareness is rising.
Alicja:
Do you think your artistic development started only after you left Ekspresja Theatre?
Leon:
It’s difficult to speak about the development of my artistic personality in those days because my awareness was at a very low level then. I was more of a megalomaniac boosting my Ego. Everything was based on Ego. Also for this reason it was a blind alley. I improved my physical skills considerably then. If there was any personality development to speak of, it occurred without my awareness of it happening, through experience because the situations were real. I left.  
Alicja:
Leaving Ekspresja Theatre, did you already have a vision of your own team?
Leon:
No. For a long time I couldn’t shake off the feeling of not belonging to any group. I managed to arrange for a room in Brzeźno where, with a group of three of four people, we were trying to create. We made one show within BUT festival at St. John’s Church, then we acted at an exhibition at Sfinks gallery. And then friends from Berlin called saying there was some acting competition. I went, but I didn’t know German well and at the audition I misunderstood a direction and started to run frantically instead of walking. The jury liked it and I got the role. The performance we created then did not excel; I didn’t stay with the group but I stayed in Berlin. I did a lot of model posing in those days. After some time I called the girl I had done a performance with and suggested we should do our own spectacle. She agreed. We worked in tandem. We toured with our performances, participating in festivals but all the time I had a feeling I wasn’t doing quite what I wanted, I wasn’t artistically fulfilled. German artists sometimes have something in themselves that you feel lack of complete openness and honesty. As if they were afraid of something. It’s as if they preferred to stay on the safe side and were hiding their emotions. The same was required of me. I found it very tiresome. It was then when I met my friend and the “gold cage” period started for me. I didn’t have to do anything and I was growing slack. I became aware of living in emptiness and felt the need of artistic creation. I decided I had to do something about it. With two other Poles we did the National Drug Queen at Klub Polskich Nieudaczników (Polish Losers’ Club) in Berlin. After some time I decided to come back to Poland to create here. Unfortunately I was struck down with disease just then. When you are facing death, you realize particularly well how time has been slipping through your fingers, quite unproductively. During my fight with the disease I underwent a “mind against disease” therapy and it was the moment that changed me a lot. I won the battle against cancer. It was imperative that I should start doing something creative. After the treatment ended I came back to Tricity and did Café Domino. I usually propose cooperation to people I know: Bożena Eltermann, Marek Kakareko, Anna Steller, Bożena Zezula, Milena Czernik, people I know I can create something with. First I see man, than a hero and the whole story. People who work with me know that I work quite naturally and I expect the same of them. I can’t imagine false notes on the stage. During rehearsals, when I don’t know something, I admit it and it is good to have at hand people who can understand it.
Alicja:
Many artists would feel embarrassed admitting lack of knowledge. They experience such inhibitors as the spectacle’s “correctness”. There are not many artists that are ready to shock in such a direct way as you do. Is that your creative strategy or, on the contrary, its lack?
Leon:
I am very spontaneous and honest in what I do. Principles do not exist for me because when a situation changes, the rules change too. People try to stick artificially to rules at all costs and do something for a certain ideal, perhaps out of fear too. It’s not about changing the core of your personality but we should agree that behavior, just as artistic techniques, evolves. The most important thing is to be honest. If somebody finds something shocking, it’s good because it means that they are honest in perception. There is no single esthetics. Instead there is an eclectic choice of forms, freedom in combining stage materials. My aim is to create art that will move audiences. I would very much like to liberate people of their fear of themselves.  
Alicja:
Against the background of other Polish theatres, you are very characteristic, you often use specific figures and props: pigs, birds, axes, you like disguise, what you show on the stage is often utterly surprising to your audiences. Is surprising audiences the main purpose of your art?
Leon:
Yes, I like pushing people out of balance, but in a positive way. In my spectacles I often use such costumes as polar bears, swans, pigs. It is positive. At one moment we see a ballet of three pigs, then they disappear – after some time a pig turns up in a different “sentiment” – this way it gets a character of its own, it shows a multilayer structure of pigs. Often the same figures and props reappear in subsequent performances. It’s a little bit like in Kantor’s plays, where props themselves carried a multilayer story, gathered from many spectacles. These repetitions come from me, they are a certain means of communication characteristic of me, a transposition of my sentiments. When their power to communicate wears off, I resign from them.
Alicja:
Do you have a new production in mind now?
Leon:
Now I would like to create a completely different spectacle. I’m thinking of something of a fairy-tale kind, to the music by Tchaikovsky. With relative consistence, I would like to show the ethereal quality of the world: a forest, elves, some apparitions. Sometimes I also think about a cubist production, where the stage design would be dominated by huge, weird shapes and strange figures straight from Picasso’s paintings. I wouldn’t like to be limited to modern dance – I want to be free in selecting artistic means.
Alicja:
To be honest in what you do, without becoming attached to any kind of esthetics, you must have a lot of courage and strength because each time you often find yourself in something completely new, it can be tiring. Don’t you sometimes feel like lingering in one form for some time?
Leon:
That is exactly what I would find tiring. I became aware of the fact, also thanks to my Buddhist practice, that development is possible through change only. Then you can discover yourself anew. It’s not only the viewer that is shocked: sometimes I, too, wonder how things will develop or I look to see how they have developed in a performance – I surprise myself as well.
Alicja:
Sometimes your performances are confined to a certain space that determines them strongly. How do you select the space on which the performance will be construed?
Leon:
As for the space, it’s not that I select it – I merely adapt what I have at my disposal. Not every performance though is inseparably attached to a certain space. Such situations do happen, but, for example, “Różana Góra” (Rose Mountain) can be played in many different places. It is true that a change of space will bring on a change in perception, but it is also very interesting.
Alicja:
The viewer is very important for you. Actually your whole artistic operation is targeted at the viewer. It is a kind of coexistence with the audience which often leads to a breach of theatrical fiction. Is this direct interaction indispensible, is it the key element that fuels your passion?
Leon:
I’m very much interested in the stage-audience interaction. Every viewer is of interest to me. Directors usually pursue a certain dramaturgic line whose core is some sort of story. I stimulate, giving freedom of interpretations. I let go of the viewer; I don’t want to point where they should look and what should happen next. Sometimes I do something in a spectacle that the viewer does not know whether or not it’s part of the performance. In “Narodowa Drug Queen” (National Drug Queen) there is one moment when the acting is apparently broken as Bożena Eltermann pushes me away and I feel outraged. The viewer is consternated but presently we resume our acting. I do not give the viewer time for analysis, I want this situation to stimulate the viewer but I don’t want rational explanations to take over. We can observe very interesting reactions on such occasions. In fact, when the viewer swings into full perception they help us move on. It’s really fascinating.
Alicja:
In those moments you attempt at approaching the edge of the viewer’s awareness; spectators lose their feeling of safety standing on the crossroads between two realities. Perhaps it is actually a third added quality. How do you see it?
Leon:
Yes, it is just that state of active creation involving us and the audience. Of course all performances are preconceived in some way, but this element of surprise is quite magical. Audiences, too, enjoy becoming involved. I do it all with respect for the viewer in mind, so that the viewer is not harmed.
Alicja:
You are fascinated with reaching people, you enjoy coming forward to them, and what is your attitude to workshops, to instruction?
Leon:
In fact I sometimes run classes in Grawitacja studio in Stocznia, but I must admit I’m not consistent at all in that. I prefer workshops as a short stage in teaching - school is not for me, I guess, because one needs more stabilization for it.
Alicja:
Do you like working with new completely unknown choreographers?
Leon:
Not such completely unknown ones. Of course I would be happy to become familiar with their work but not in a situation when we would have to focus on producing a new performance. I could only offer myself to somebody as a dance artist, in a clearly defined situation of my “passivity” as a director. I have a very strong personality and it would be very demanding on me, I would have to give up, so to speak, part of myself.  
I would be happy, however, to work with artists from other genres of art, for example with a painter who would do the stage design for me or musicians, but it all depends on what people are and not on who they are. For me, also at the theatre, it’s man that counts.
The interview with Krzysztofem Leonem Dziemaszkiewiczem, 2009-11-06
METROPOLIA 2009
On 27-30 December, a great festival Metropolia jest Okey (Metropolis is Okay) took place, in which 35 Tricity music groups, individual musicians as well 6 independent theatres participated.
It was the first such event ever! The four-day festival of the Tricity music and independent theatrical art united Gdańsk, Sopot and Gdynia. The festival’s slogan was “Metropolis is Okay”.
In Tricity’s three most important clubs: Parlament (Gdańsk), Sfinks (Sopot) and Ucho (Gdunia) hosted 35 music groups and individual musicians. Independent dance theatres also had their separate day. Never before had there been such a set of talented artists performing in free concerts during one single event. We wouldn’t have seen them together even in concerts organized by Jurek Owsiak.
The author and organizer of the undertaking was Larry Ugwu, the director of the Baltic Culture Center. He invited Gazeta Wyborcza to cooperate in the project. The daily has been promoting the idea of one Tricity metropolis since March this year. Larry Ugwu mobilized the whole Tricity music-theatrical environment and proved that joint projects, jointly-organized events, are feasible, and that we are, after all, one large family.
The clubs’ owners quickly took up the idea, just like the musicians. This way the Metropolis Culture Holiday (the festival's alternative name) was possible to organize in such a short period of time.

 

Published in Interview

 

Ostatni dzień festiwalu Metropolia Jest Okey - Święto Kultury Trójmiasta 2009 , dedykowany był sztuce tańca współczesnego. W 9 odsłonach obejrzeliśmy to co najlepsze na trójmiejskiej scenie autorskich teatrów ruchu.

 

Spektakle, które dzięki festiwalowi mogliśmy oglądać, dają wyobrażenie, o ogromnej różnorodności środków wyrazu, tam gdzie ciało w ruchu zdaje się być jedynym medium.

 

Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz, przyjechał na rowerze. Po ciemku objechał scenę, odstawił rower i rozejrzawszy się spojrzeniem z nadświatów, niejako wylądował, w postaci giganatycznego niby-zająca.

 

Obejrzeliśmy 3 długie rundy zdającego się nie mieć końca zmagania Iwony Gilarskiej i Anny Jędrzejczak- Skutnik w ramach "Projektu Walki". Spektakl adaptuje formę nieomal groteskową- zapasy w stylu wolnym, zmierzając do ukazania natury zmagań zpolaryzownych antagonistów.

 

Performance Good Girl Killer dotknął równoczesności procesów w ramach domniemanej hiperosoby, gdzie sprawianie rybich łbów i ogonów, towarzyszy infantylnej ekstazie, a całość kończy mini konkurs na lepszą piosenkę.

 

Zbierzność rekwizytów - ryba - patroszona przez Annę Steller, we wspólnej z Magdą Jędrą akcji Good Girl Killer, antycypowana jest w otwierającym przegląd przedstawieniu, gdzie Julia Mach, wychodząc z pół-lotosu, w miarę rozwoju narracji towarzyszącego jej filmu , zdaje się przechodzić stadia między medytującym człowiekiem, kijanką i urokliwą sugestią dokonanej przemiany w rybę.

 

Zderzenie z otwarcie improwizowaną formą przedstawienia "So Special", zelektryzowało publiczność, dotkniętą bezpośrednio zadziorną swobodą Katarzyny Chmielewskiej i Anny Steller - rudymentarna scenografia, tapir, czarno-biale kostiumy i zawrotne tempo ruchu - sprowokowały owacje.

 

Mieliśmy przyjemność obcowania z graną na żywo oryginalną muzyką, tak w spektaklu Uli Zerek, " Humuli Lupuli", gdzie dyskretny urok, szeroki puls kontrolowany był obecną na scenie parą marimba- violonczela, przenosząc wrażenie wysycone człowieczeństwem, proste i przyjemne, jak i u Anny Haracz, w fragmentach spektaklu " ...ale jest jeszcze prawda" - według Anny Haracz i Tomasza Antonowicza "...ale jest jeszcze prawda" to współtworzenie domniemanego sensu widowiska aktywizowane w relacji tancerka - muzyk, relacji mitologizowanej według schematycznych konfiguracji aktywności: dominacji-zazdrości- uwodzenia, obojętności-ubóstwienia - bo i przedmiot - instrument- gliniany dzban-udu, stał się na chwilę piedestałem tancerki.

 

DanseNoire Joanny Czajkowskiej, "Śmierć", zwieńczył wieczór ostatniego dnia festiwalu. Solo to, mroczne, drżące, skłaniające się ku metafizyce, pojętej według literatury, naniosło babilońskich osadów, jakby z półek z księgami o czarnej magii. Obserwowaliśmy mikroruchu skupionej, tężejącej tancerki na tle z ogromnej, czarnobiałej projekcji: sugestywny fraktal, uporczywie symetryczny kwiat- czaszka,

obraz potęgujący wrażenie nieuchronności i wszechobecności Śmierci.

 

Popisy solistów i składów, oryginalna muzyka, rzadkie projekcje wideo, formy wystudiowane i domknięte obok bezkompromisowych, nieokiełznanych improwizacji - 9 przedstawień twórczych i niezależnych artystów uprawiających sztukę tańca współczesnego, gdzie ekspresja ciała, samoświadomość aktorów, to co wiedzą o sobie i sztuce swojego czasu, widać jak na dłoni. Teatr ruchu, ta piękna i szczera forma ludzkiej aktywności zmierzająca do komunikacji myśli, emocji, ujawnijąca ambicje, pozwala doświadczyć jakże sycącej bliskości z momentem twórczego napięcia, to wrażenie tak wyraźne w skądinąd minimalnym spektaklu Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza, ale także w improwizacji Katarzyny Chmielewskiej i Anny Steller.

 

To co obejrzeliśmy dowodzi, że w Trójmieście, dzięki aktywności twórczych artystów powstają odważne spektakle- prowokujące, eksperymantatorskie, inteligentne. Nie brakuje pomysłów tam, gdzie tworzywem jest ciało w ruchu i gra skojarzeń. Nie zabrakło zainteresowanej, otwartej, chłonnej publiczności.

 

 

W festiwalu Metropolia Jest Okey - Święto Kultury Trójmiasta 2009, w ramach "Dnia Teatrów Niezależnych" udział wzięli, między innymi:

 

Julia Mach, Filip Szatarski, Rafał Dętkoś - " The Fishing You "

Anna Haracz i Tomasz Antonowicz -" ale jest jeszcze prawda"

Ula Zerek, Dominik Bukowski, Zosia Zerek - " Humuli Lupuli"

Iwona Gilarska, Anna Jędrzejczak- Skutnik " Projekt Walki"

Magalena Jędra " Paralell"

Katarzyna Chmielewska i Anna Steller " So Special"

Anna Steller i Magda Jędra - Good Girl Killer

Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz - "Belladonna For One Person"

Joanna Czajkowska "DanceNoire, Śmierć"

 

światło Bartosz Cybowski, Filip Szatarski

 

Klub Ucho w Gdyni.

 

Całość poprowadził Przemysław Gulda.

 

 

tekst : Bartłomiej Łuniewicz.

 

Published in Article
Page 1 of 2