Szczęście w nieszczęściu, że ciało wszystko pamięta. – Słów parę o spektaklu „Ciało w naprawie” teatru LipZezRew.
„Ciało w naprawie” w moim odczuciu dobrze było obejrzeć właśnie w ciasnej i skromnej przestrzeni Teatru w Oknie. Brak jasnego oddzielenia sceny od widowni, fizyczna bliskość aktorów, wyraźnie słyszalne oddechy i niemal każdy ruch, pozwalały wczuć się w niepokoje, które mniej lub bardziej znane są nam wszystkim. W tak małej salce nie było dokąd od nich uciec, podobnie z resztą jak we własnym mieszkaniu, ciele, czy też umyśle. Wszelkie odwracanie na bok głowy byłoby nieporadną próbą udawania, że nas to nie rusza. Mogło być tym, co psychoterapia nazywa mechanizmami obronnymi chroniącymi osobowość przed dezintegracją. Były wszakże ku temu powody, bo oto aktorzy LipZezRew na oczach publiczności postanowili wyłączać w sobie kolejne obrony, prowadząc nieuchronnie w głąb swoich podświadomości. Prędko droga ta okazała się być stromą, krętą, wyboistą i ryzykowną. Jako jej świadkowie zmuszeni jesteśmy niemal co krok głośno pytać samych siebie: „Dlaczego? Po co? Czemu nie inaczej?”. Na szczęście widzowie wyszli z teatru bez objawów nerwicowych, a raczej wzbogaceni o sposoby uspokajania swoich wnętrz.
Można na spektakl patrzeć wielopłaszczyznowo. Ja, z racji wykonywanego zawodu, będąc świeżo po rozmowach z klientami poradni, pozwoliłem sobie na recenzję psychologiczną.
Chwilami zdawało mi się, że twórcy przedstawienia opowiadali o zagubieniu i samotności, w odpowiedzi na co ludzie szukają kontaktu ze sobą. Jak z kątów pokoju aktorzy pełzną ku sobie ze swoich samotni i jakoś bezrozumnie, instynktownie ocierają się o siebie, szczenięco nieporadni szukając ciepła i bliskości. Podobnie pod koniec, bez względu na to, jak wiele się wydarzyło, rozpierzchają się wszyscy ku punktom wyjścia, aby – jak to w ostatecznym życiowym rozrachunku, pozostać sami ze sobą. Tak dzieje się na co dzień, przybliżamy się i oddalamy, pytanie tylko, czy oddalamy się tym kontaktem uszlachetnieni, czy raczej zbrukani i winni.
Nie trudno dostrzec damsko-męski wymiar „Ciała w naprawie”. Być może był to motyw przewodni, ale ja wolę myśleć o nim jako o kolejnej sferze ludzkiego funkcjonowania - o partnerstwie i intymności. „Ileż tu do naprawienia” można by pomyśleć widząc, jak mężczyzna grany przez Tomka Lipskiego obchodzi się z kobietą. Zarazem i trzy aktorki (Bożena Zezula, Edyta Niemiec, Danuta Markisz) częściej błądzą niż wiedzą dokąd idą. Różnią się od siebie ciałem i ekspresją, zarazem jednak symbolizować mogą różne aspekty tej samej osoby, co podpowiadają ujednolicone sukienki. Im wprawdzie wyraźnie łatwiej uświadomić sobie potrzebę bliskości i poprosić o nią. Co ciekawe jeśli prośba ta nie skutkuje domagać się jej, wręcz żądać – naskakując na siebie nawzajem w locie zwijając się w embrionalną pozycję. Jakkolwiek jednak nie walczyłyby o miłość, jakkolwiek w żeńskim gronie nie wspierały się, zdają się być przegrane wobec pośpiechu, nerwowości i nieczułości mężczyzny. Ten, pomimo nieukrywanej wobec kobiet złości i zniecierpliwienia, o dziwo nie schodzi z areny. W stroju więźnia – jakby czasu, jakby popędu, jakby miłości, spięty i przygarbiony chodzi między nimi i przypatruje się. Chwilami próbuje je zrozumieć, ale to są bardzo krótkie chwile. Niezwykle poruszające, wręcz oburzające są błędne koła zbliżeń i odrzuceń między nim a coraz to inną kobietą. Na moment jakby siebie czuli, jak jedno ciało, lecz najdrobniejszy przejaw jej lęków, niepewności w nim natychmiast rodzi nieadekwatną złość. Złość, którą wyraża przemocą, złość, której od samego początku jest w nim zbyt wiele. One jednak pomimo nieznośnego napięcia nie poddają się, płacąc za to neurotycznymi i afektywnymi zaburzeniami. Męczą się w natrętnych, powtarzanych bez sensu czynnościach, stają się nadpobudliwe, zastygają w depresjach, dystansują się w melancholie. Ku czemu to wszystko ma prowadzić? Jak długo trwać? Ewidentne przecież jest ich obopólne nieszczęście.
Nadchodzi oto moment kulminacyjny, kiedy to cisi dotąd tancerze stają naprzeciw siebie by słowami Wojaczka i Saint-Exuperego wyjaśnić sobie, że kobieta i mężczyzna nierozłącznie są ze sobą związani, choćby i krzyżem, równie namiętnym co bolesnym, a z oswojeniem zawsze w parze idzie odpowiedzialność. Godzenie tych prawideł, tych sił leży u podstaw naszych zawiłych starań o życie zarazem pełne i szczęśliwe, jak i wolne od bólu oraz lęku. To godzenie racji naszego „chcę” z „powinienem”. Na scenie stało się wreszcie coś, co daje szansę. Choć przekrzykują się nawzajem, wreszcie znika podział na sprawcę i ofiarę, wreszcie patrzą sobie w oczy. Konfrontacja nieuchronnie prowadzi do zaprzestania gier, wyłączenia nadużywanych obron, wyjścia zza fasad. Odsłania się w nim uraz, powód wewnętrznego więzienia, w którym z pewnością niechcąco dał się zamknąć. Mężczyzna przed kobietą ukazuje swój strach właśnie przed kobietami, przestaje być twardy i groźny, zarazem nie zmieniając się w eunucha, wręcz przeciwnie, zyskuje, rośnie w siłę. Ona też rezygnuje z dumy, przyznaje, że boi się porzucenia, odtrącenia. W gruncie rzeczy lęka się tego samego co i on, samotności. Ciała delikatnieją, ruchy wygładzają się, pięknieją. Pojawia się nawet taniec dyskotekowy, jakże uroczy, ale czemu zatańczony na kolanach? Można by pomyśleć, że już zaraz koniec, że będą żyli długo i szczęśliwie, lecz po zabawie zapada ciemność.
Słysząc przeraźliwe, pierwotne krzyki nie wiedziałem czy łapać spłycony nagle oddech, czy trzymać żonę za rękę, czy może raczej głaskać ją po brzuchu, w którym dla świata szykuje się nasze dziecko. Implozja, której po pełnych frustracji perypetiach doznali aktorzy przeszła w eksplozję. Dotarliśmy chyba do jądra problemu, w którym krzyczy i płacze zaniedbane, sfrustrowane dziecko. Dziecko które łka całym sobą, całym ciałem, jak w szale, jak w konwulsjach. To nie do zniesienia, to moment, w którym nie jeden wyszedłby z teatru łapiąc za pięty swoje mechanizmy obronne. Okazuje się jednak, że dopiero teraz ciało ma szansę się naprawić. Dorośli już aktorzy w kontakcie z tak zwanym wewnętrznym dzieckiem, symbolizującym ich chcenia, pragnienia, których z powodu wewnętrznych konfliktów nie potrafili zaspokoić, mierzą się wreszcie z tym, ile jeszcze jest możliwe do wzięcia. W końcu ogrom napięcia, zbieranego całymi latami, ma szansę wydostać się legalnie na zewnątrz. Często odbyć się to musi w sposób nieprzyjemny, jakby ponowny ból narodzin. Potem jednak otwierają się przed nimi zupełnie nowe możliwości, z racji tego, że nie trzeba już tracić energii na ukrywanie, zaprzeczanie, przeinaczanie. Wreszcie mogą się do siebie przytulić, a nawet na dłużej zastygnąć w czarownych, romansowych pozach.
Psychoterapeuta widząc u swojego klienta zaciśniętą pięść może zapytać: „Co takiego ważnego twoja dłoń chce ci teraz powiedzieć?” LipZezRew jakby pokazali drogę własnej terapii, od pośpiechu życia, przez niepowodzenia w relacjach, przez symptomy, samotność i wyobcowanie, aż po odważną konfrontację ze samym sobą, co uwalnia potencjał stłumionej czułości dla siebie, dla innych i świata. Pokazali także, iż niekoniecznie naprawa nas samych odbywać się musi z pomocą terapeutycznych sesji, nie każdy z resztą na takie się zdecyduje. Ostatecznie tak wiele wprost możemy sobie wyjaśnić zwyczajnie stając naprzeciw siebie mówiąc o swoich potrzebach i blokadach, które je frustrują. Nawet jeśli potem jest trudno i coś w trzewiach i mięśniach krzyczy, możemy pomóc sobie zdrową bliskością. Koniec końców ciało nam powie czy naprawa głowy się udała.
Dominik Walenkiewicz
Nie trudno dostrzec damsko-męski wymiar „Ciała w naprawie”. Być może był to motyw przewodni, ale ja wolę myśleć o nim jako o kolejnej sferze ludzkiego funkcjonowania - o partnerstwie i intymności. „Ileż tu do naprawienia” można by pomyśleć widząc, jak mężczyzna grany przez Tomka Lipskiego obchodzi się z kobietą. Zarazem i trzy aktorki (Bożena Zezula, Edyta Niemiec, Danuta Markisz) częściej błądzą niż wiedzą dokąd idą. Różnią się od siebie ciałem i ekspresją, zarazem jednak symbolizować mogą różne aspekty tej samej osoby, co podpowiadają ujednolicone sukienki. Im wprawdzie wyraźnie łatwiej uświadomić sobie potrzebę bliskości i poprosić o nią. Co ciekawe jeśli prośba ta nie skutkuje domagać się jej, wręcz żądać – naskakując na siebie nawzajem w locie zwijając się w embrionalną pozycję. Jakkolwiek jednak nie walczyłyby o miłość, jakkolwiek w żeńskim gronie nie wspierały się, zdają się być przegrane wobec pośpiechu, nerwowości i nieczułości mężczyzny. Ten, pomimo nieukrywanej wobec kobiet złości i zniecierpliwienia, o dziwo nie schodzi z areny. W stroju więźnia – jakby czasu, jakby popędu, jakby miłości, spięty i przygarbiony chodzi między nimi i przypatruje się. Chwilami próbuje je zrozumieć, ale to są bardzo krótkie chwile. Niezwykle poruszające, wręcz oburzające są błędne koła zbliżeń i odrzuceń między nim a coraz to inną kobietą. Na moment jakby siebie czuli, jak jedno ciało, lecz najdrobniejszy przejaw jej lęków, niepewności w nim natychmiast rodzi nieadekwatną złość. Złość, którą wyraża przemocą, złość, której od samego początku jest w nim zbyt wiele. One jednak pomimo nieznośnego napięcia nie poddają się, płacąc za to neurotycznymi i afektywnymi zaburzeniami. Męczą się w natrętnych, powtarzanych bez sensu czynnościach, stają się nadpobudliwe, zastygają w depresjach, dystansują się w melancholie. Ku czemu to wszystko ma prowadzić? Jak długo trwać? Ewidentne przecież jest ich obopólne nieszczęście.
Nadchodzi oto moment kulminacyjny, kiedy to cisi dotąd tancerze stają naprzeciw siebie by słowami Wojaczka i Saint-Exuperego wyjaśnić sobie, że kobieta i mężczyzna nierozłącznie są ze sobą związani, choćby i krzyżem, równie namiętnym co bolesnym, a z oswojeniem zawsze w parze idzie odpowiedzialność. Godzenie tych prawideł, tych sił leży u podstaw naszych zawiłych starań o życie zarazem pełne i szczęśliwe, jak i wolne od bólu oraz lęku. To godzenie racji naszego „chcę” z „powinienem”. Na scenie stało się wreszcie coś, co daje szansę. Choć przekrzykują się nawzajem, wreszcie znika podział na sprawcę i ofiarę, wreszcie patrzą sobie w oczy. Konfrontacja nieuchronnie prowadzi do zaprzestania gier, wyłączenia nadużywanych obron, wyjścia zza fasad. Odsłania się w nim uraz, powód wewnętrznego więzienia, w którym z pewnością niechcąco dał się zamknąć. Mężczyzna przed kobietą ukazuje swój strach właśnie przed kobietami, przestaje być twardy i groźny, zarazem nie zmieniając się w eunucha, wręcz przeciwnie, zyskuje, rośnie w siłę. Ona też rezygnuje z dumy, przyznaje, że boi się porzucenia, odtrącenia. W gruncie rzeczy lęka się tego samego co i on, samotności. Ciała delikatnieją, ruchy wygładzają się, pięknieją. Pojawia się nawet taniec dyskotekowy, jakże uroczy, ale czemu zatańczony na kolanach? Można by pomyśleć, że już zaraz koniec, że będą żyli długo i szczęśliwie, lecz po zabawie zapada ciemność.
Słysząc przeraźliwe, pierwotne krzyki nie wiedziałem czy łapać spłycony nagle oddech, czy trzymać żonę za rękę, czy może raczej głaskać ją po brzuchu, w którym dla świata szykuje się nasze dziecko. Implozja, której po pełnych frustracji perypetiach doznali aktorzy przeszła w eksplozję. Dotarliśmy chyba do jądra problemu, w którym krzyczy i płacze zaniedbane, sfrustrowane dziecko. Dziecko które łka całym sobą, całym ciałem, jak w szale, jak w konwulsjach. To nie do zniesienia, to moment, w którym nie jeden wyszedłby z teatru łapiąc za pięty swoje mechanizmy obronne. Okazuje się jednak, że dopiero teraz ciało ma szansę się naprawić. Dorośli już aktorzy w kontakcie z tak zwanym wewnętrznym dzieckiem, symbolizującym ich chcenia, pragnienia, których z powodu wewnętrznych konfliktów nie potrafili zaspokoić, mierzą się wreszcie z tym, ile jeszcze jest możliwe do wzięcia. W końcu ogrom napięcia, zbieranego całymi latami, ma szansę wydostać się legalnie na zewnątrz. Często odbyć się to musi w sposób nieprzyjemny, jakby ponowny ból narodzin. Potem jednak otwierają się przed nimi zupełnie nowe możliwości, z racji tego, że nie trzeba już tracić energii na ukrywanie, zaprzeczanie, przeinaczanie. Wreszcie mogą się do siebie przytulić, a nawet na dłużej zastygnąć w czarownych, romansowych pozach.
Psychoterapeuta widząc u swojego klienta zaciśniętą pięść może zapytać: „Co takiego ważnego twoja dłoń chce ci teraz powiedzieć?” LipZezRew jakby pokazali drogę własnej terapii, od pośpiechu życia, przez niepowodzenia w relacjach, przez symptomy, samotność i wyobcowanie, aż po odważną konfrontację ze samym sobą, co uwalnia potencjał stłumionej czułości dla siebie, dla innych i świata. Pokazali także, iż niekoniecznie naprawa nas samych odbywać się musi z pomocą terapeutycznych sesji, nie każdy z resztą na takie się zdecyduje. Ostatecznie tak wiele wprost możemy sobie wyjaśnić zwyczajnie stając naprzeciw siebie mówiąc o swoich potrzebach i blokadach, które je frustrują. Nawet jeśli potem jest trudno i coś w trzewiach i mięśniach krzyczy, możemy pomóc sobie zdrową bliskością. Koniec końców ciało nam powie czy naprawa głowy się udała.
Dominik Walenkiewicz